Weekendowo w Tatrach.

502 Odczytano 8 komentarzy

Pan Tata w małżeństwo wkupił się z domkiem w górach. W zasadzie to domek należy do teściowej i w zasadzie z domkiem wspólnie dzierży tylko nazwę. Skansen to zdecydowanie lepsze określenie, totalny powrót do przeszłości, jakby Donatan chciał wysłać swoje lalunie do ubijania masła, zapraszamy. Skurczybyk (PT) na początku naszej znajomości urzekł mnie opowieściami o drewnianym domku w Tatrach. Wyobraziłam sobie ogień trzaskający w kominku (w lecie, hm..), dywan z niedźwiedzia przed nim i romantyczne nie wychodzenie z chaty przez wyjazd cały. Moje wyobrażenie pokazało mi figę z makiem, zadrwiło ze mnie niemiłosiernie, szybko weryfikując moje poglądy. Domek więc nie jest hotelem pięciogwiazdkowym, ba! Nawet na ćwiartkę się nie kwalifikuje. Zero telewizji, zryty zębem 20-letniego czasu dywan przed starym kopcącym na całą chatę piecem w niczym nie przypomina puchatego misia, zasięg ledwo ciuła, jak komuś chce się dwójeczkę w środku nocy to leci do oddalonego jakieś 10m od domu wychodka, przy jedyneczce można olać domkową ścianę. Dupę można umyć, a i owszem, jeśli ktoś sobie naleje do michy wody. Jest bieżąca i nawet bojler wyprodukuje nam ciepłą. Gdy przyjechałam tu po raz pierwszy, przez dobre pół godziny nie weszłam do środka, czekając w samochodzie, aż małż wymiecie z chaty wszystkie pająki, które wywołują u mnie spazmatyczne drżenie rąk i hiperwentylację. Myszy mogą sobie śmigać dopóki nie dobierają się do żarcia. Domek zdecydowanie ma swój klimat, po 3 piwie pająki przestają rosnąć w oczach ale do wychodka wciąż zdecydowanie za daleko a i po ciemku ciężko trafić do niego. Imprezy były, nie wiem, nie pamiętam, podobno udane. Przyjeżdżam tu z PT co najmniej raz w roku, pakujemy plecaki i ruszamy w góry, nawiedzamy rodzinę PT, która skradła moje serce i wątrobę lub smażymy maćki na trawie za domkiem. Domek pokochałam za totalny restart synaps, którego tutaj doznaję. Wszystkie prace, szefowie, wrzody na żołądku znikają wraz z zasięgiem zgubionym jakieś 50m wcześniej stromą drogą w dół. Piwo smakuje lepiej, powietrze waniaje lasem, sianem, pasącą się 20m dalej krową a nie wyziewami z wydechów miastowych Polonezów.

20140725_171021

Pan Tata wysmarował w tym roku 2 dni wolnego, co w połączeniu z weekendem daje zabójcze 4 dni, spakowaliśmy klamoty Hanisławy  i przyjechaliśmy na włości. Hanka luz totalny, jeszcze nie ogarnia, że pająki są złe, że gryzą i że mordują, nie straszne jej wyolbrzymione przez moją wyobraźnię niedogodności. Trochę bałam się ją tu zabrać tak wcześnie, zdecydowanie nie ma miejsca do ulubionego sportu młodej, którym jest raczkowanie i pierwsze piesze wędrówki, oczami wyobraźni widziałam jak dobiera się do pozostawionych przez myszy mało jadalnych draży. Gdy tylko przyjechaliśmy wrzuciłam typowy dla tego miejsca luz totalny, rób dziecko co chcesz, tylko nie tyraj po drewnianej podłodze zębami, zrobią to korniki i nie spoufalaj się zbytnio ze stałymi lokatorami tego miejsca.

Gdy już przyjechaliśmy, postanowiliśmy zwiedzić typowe dla tego miejsca atrakcje. Zgodnie z zamiłowaniami PT, który powoli wchodzi w okres kryzysu wieku średniego, wybraliśmy się do Rabki, pokrążyć z innymi emerytami wokół słupów ze zdrowotną solą. Impreza tyłka nie urwała, całą zabawę uratował plac zabaw, z którego Hankę wyciągaliśmy wołami, bo do huśtawki najchętniej by przyrosła pampersem.

DSC01093

Następnego dnia wybraliśmy się do Doliny Chochołowskiej. Myśleliśmy nad górami ale Hanisława jeszcze zbyt smarkata jest i taka droga w nosidle na pewno by ją zorała totalnie. Za rok zainwestujemy w plecak ze stelażem dla dzieci, odkurzymy górskie buty, zapakujemy smarka i połazimy trochę wyżej. Dolina Chochołowska jest o tyle fajna, że można do niej dojechać wózkiem. Nowy mobil Hanki dał radę tylko do połowy, druga część pokryta błotem i ostrymi kamieniami pogrążyła małe spacerówkowe kółeczka, które wypominam PT do dziś. Nowy wózek! Poza tym pogoda zaczęła trochę straszyć. Zrobiliśmy zwrot na pięcie, doszliśmy do pierwszej napotkanej bacówki, po czym razem z innymi rozsądnymi turystami, którzy liczyli na to, że wraz z urlopem dostaną pogodę i prognoz u Gardiasowej nie sprawdzili, kisiliśmy się pod daszkiem, wyłączając kolejno komórki gdy pioruny jeden po drugim i ulewa umilały nam czas postoju. Pierwsza górska burza Hanki zaliczona.

DSC01111

DSC01115

Przez resztę wyjazdu leżeliśmy zadami do góry, tułając się od czasu do czasu po kuzynostwie i żrąc grilla. Nawet grille wyglądają tutaj inaczej niż w mieście, zwłaszcza gdy nagle u sąsiada za płotem ląduje niespodziewanie w ogródku zniesiony wiatrem zagubiony balon ze zdezorientowanymi pasażerami. Zdezorientowany był też sąsiad, który pewnie zastanawiał się, czy nie pomylił porannej porcji piguł, takie atrakcje.

IMG_20140727_103443

Jutro już niestety koniec samotni, wracamy do domu. Trzeba będzie zewrzeć pośladki i przestawić się na wyższy bieg. Kolejny urlop tutaj miejmy nadzieję już za rok.

8 Komentarzy/e
  • ~bastalena

    Odpowiedz

    Chata w górach, ech. Lepsza taka, jak żadna. Zazdraszczam 🙂

    pozdrawiam,
    bastalena.blogspot.com

  • ~aga

    Odpowiedz

    Witam.Mam pytanie jak Haneczka znosi podróże autem i jak długa była Wasza trasa?Moja Milusia nie bardzo chce jeździć autem.Nie wiem jak Ją do tego przekonać.Tez marzy mi się jakiś wyjazd.Mala skończyła właśnie roczek.

    • Matka-Nie-Idealna

      Ech, tyle osób mnie o to pyta, że chyba stworzę nowego posta 🙂

  • ~aga

    Odpowiedz

    Witam.Chciałabym się dowiedzieć jak Hania znosi i jak długa jest Wasza podróż?Moja Milusia skończyła właśnie roczek i za nic nie chce jeździć autem, a mnie się marzą wakacje.

  • ~youka

    Odpowiedz

    My nie mieszkamy w Polsce I nasza c pierwsza podroz odbyla w wieku 4 miesiecy. Mamy ponad 1000 km do domu. Teraz gdy skonczyla rok ma za soba kilka tysiecy przejechanych km w tym jedna podroz do Zakopanego:-) narazie nudza ja wszelkie atrakcje turystyczne I najlepiej bawi sie w naszej wannie. Do ~AGA moze troche pomoge. Naszym patentem na podrozowanie jest noc. Myjemy,karmimy I jedziemy. Dzidzia cala noc spi z przerwa na jedzenie. Raz pojechalismy na dzien I nigdy wiecej. Nic nie bylo w stanie zabawic naszej c, a stawalismy chyba z.10000000 razy. Gory piekne niestety na jakis czas podziwiane z poziomu Zakopanego. Pozdrawiam

  • ~Kasia

    Odpowiedz

    Trafiłam tu tak jakby przypadkiem i od razu moje oczy przykłuł wózek Hanisławy (swoją drogę zaśmiałam się pod nosem bo uwielbiam takie słowotwórstwo – moja córka funkcjonuje w domu pod imieniem Karolinsona:)). O ile mnie oczy nie mylą to Baby Desing Enjoy – zastanawiam się nad jego kupnem od jakiegoś czasu ale opinii w sieci praktycznie brak, a ja bez researchu w internetach nie jestem w stanie niczego kupić;) Czy mogłabyć napisać dosłownie kilka słów o jego użytkowaniu? Chyba, że jest osobny post na ten temat to wtedy bardzo proszę o linka:)

    • Matka-Nie-Idealna

      Witaj.

      Wózek zajebiaszczy. Nie pomogłam? 🙂

      Lekki, tarmocham go jedną ręką na 2 piętro do znajomych, w drugiej dzierżąc Hanisławę. W Samochodzie się mieści nawet za tylnymi siedzeniami a jak zdemontujesz kółka (klik i nie ma) to i pomiędzy nogami kierowcy się zmieści. Zwrotny, wygodny. Ogólnie polecam, pomijając jazdę po ostrych kamieniach bo kółka cierpią (ale to chyba we wszystkich wózkach z gumowymi kółkami 🙂

      • ~Kasia

        Dzięki za odpowiedź:) Znam już tą konstrukcję bo pożyczyłam jakiś czas temu używany wózek lira 4 ale ciekawa byłam jak się spisuje Enjoy.

Skomentuj

Facebook