Wegetarianizm. Moje dziecko zrezygnowało z mięsa. Jak sobie z tym poradziłam? – Historia zupełnie nieoczywista.

2915 Odczytano 2 komentarze
Na wstępie zaznaczę, że nie jestem specjalistą w dziedzinie dietetyki, a wpis powstał tylko na bazie naszych doświadczeń. Jakiekolwiek kopiowanie mnie, jest na Waszą własną odpowiedzialność.

Pamiętam, że gdy urodziło się moje pierwsze dziecko, zaraz po „dzień dobry, jestem twoją mamą”, brzmiącą nieco irracjonalnie, bo przecież ona doskonale wiedziała kim jestem – w końcu mieszkała pod moim sercem niemalże 9 miesięcy, powiedziałam bezgłośnie, że od 16 października 2013 roku, już zawsze będę stała u jej boku.

Wiele czasu od tego momentu upłynęło, przykurczone kaczątko, z nieco przydużą głową, łysą do trzeciego roku życia, zamieniło się w łabędzia z blond lokami. Proporcje głowy się nie zmieniły. Czas ten nauczył mnie więcej niż pięć lat studiów, które w teorii powinny być praktyką, a w praktyce są teorią. Macierzyństwo bowiem to praktyka najwyższych lotów, niestety większość z nas jest totalnie nieprzygotowana do tego. Albo stety, bo gdybyśmy wiedzieli co nas czeka, zakładam że populacja ludzka byłaby o połowę mniejsza.

Dziecko, które wyszło z moich trzewi, jest totalnym kosmosem, w porównaniu do nudnego życia, jakie do tej pory wiodłam. Czuję, jakbym wsiadła do rakiety kosmicznej, w której zaraz po odpaleniu silników, popadłam w zachwyt nad wszystkim, co mnie otacza. Hanka jest właśnie takim kosmosem. Nieodkrytym, nieoszlifowanym. Nieskażonym ludzką ręką, cudownym i zachwycającym zarazem. Swoją mądrością codziennie udowadnia, jak mała przy niej jestem i jak niewiele wiedziałam o życiu. Ona nie widzi barier, nic nie robi sobie ze stereotypów. Empatią i miłością do świata mogłaby napompować niejeden ludzki bezsens, a z logiką rozumowania i ciekawością świata, mogłaby skończyć najlepsze studia z życia. I zdaję sobie sprawę z tego, że wiele rzeczy dzieci zawdzięczają mi. Osobie, która ładuje w nie poczucie własnej wartości tonami. Która od urodzenia trzyma za rękę, pomaga spełniać marzenia i pilnuje, żeby nie poddawały się, bez najmniejszej próby. Tłumaczę funkcjonowania świata, krzyczę głośno, że ludzi trzeba szanować i kochać, nie odwrotnie. Uczę miłości do braci mniejszych, dbania o nich i odpowiedzialności. Przynoszę do domu różne zwierzęta, zabieram dzieci do lecznicy, żeby trzymały za łapę, kiedy weterynarz wbija igłę w drżące ciało. Ich otwartość, skromność i siła są moją, ciężko wykonywaną pracą, każdego dnia.

Niewinność.

Jak to zazwyczaj, zaczęło się niewinnie. Niewinne kręcenie nosem przy obiedzie, niewinne wyciąganie szynki z pizzy. Niewinne wybranie jajecznicy zamiast parówek na śniadanie i niewinne „Dzisiaj nie mam ochoty na mielonego, mamusiu”. Niewinność była drugim imieniem Hani, nadanym jej przez matkę naturę i wykorzystywanym przez nią ochoczo.

Dni zamieniały się w tygodnie, czas tasował porami roku, nadkładając lato nad wiosnę, a następnie wyciszając je ciepłą jesienią. Hania doroślała w oczach, rysy jej twarzy wyostrzały się z każdym mijającym miesiącem.

-Mamusiu, a to spaghetti jest bez mięsa? – Zapytała któregoś razu, pochylając się nad obiadowym talerzem.
-A dlaczego pytasz Haniu? – rzuciłam od niechcenia, szykując talerz dla młodszego dziecka.
-Bo wiesz, ja lubię mięso. Lubię jego smak. Ale ono jest zrobione ze zwierzątek, a te najpierw trzeba zabić, żeby je zjeść. Przecież ja nie mogłabym zjeść takiej Aji. Albo Sajgona na przykład. Dlaczego ludzie zabijają zwierzęta? Przecież one nie robią nic złego.
-Nie, twoje spaghetti nie jest z mięsem. A teraz jedz już, bo ci wystygnie. – Skłamałam zdezorientowana.

Rewolucja – część pierwsza.

To był początek rewolucji. Zdarzało się, że okłamywałam córkę. Wyrzucałam opakowania mięsnych parówek twierdząc, że są roślinne. Robiłam jej ulubione spaghetti mówiąc, że nie włożyłam tam grama mięsa. Większość czasu żyła na jajkach sadzonych i warzywach, przyglądając się schabowym na naszych talerzach. Odmawiała kabanosów, które były jej miłością absolutną, podgryzała marchewkę na rodzinnych grillach. A ja stałam z boku i zastanawiałam się, dlaczego nikt mnie nie przygotował na taką rodzicielską bombę, nie włożył mapy z zaznaczoną ścieżką, którą powinnam pójść. Próbowałam z nią rozmawiać, tłumaczyłam, że niektóre zwierzęta są właśnie po to, żeby je jeść. A wtedy ona stawała twarzą do mnie, mniejsza o dobre pięćdziesiąt centymetrów i mówiła: „Mamusiu, zrozum proszę. Ja lubię mięso. Nawet nie wiesz jak marzę o tych kabanosach, co to je Nadia paczkami wciąga. Ale to mięso jest ze zwierząt. A ja nie chcę ich krzywdzić”. Z każdym wypowiadanym słowem rosła i doroślała w moich oczach. Teraz to ona patrzyła na mnie z góry, emanując miłością do całego świata. Czasami jeszcze rzucała: „Przecież uczyłaś mnie, że o zwierzęta trzeba dbać.” albo „Jak można zabijać niewinną krówkę?”.

Któregoś dnia, krojąc pomidory do śniadania, rzuciłam do Grześka:

-Wiesz, chyba spróbuję nie jeść mięsa razem z Hanią.
-Oho! Widzę, że te twoje czary mary (joga) działają. A przykujesz się nago do drzewa?
-Nie, to nie kwestia jogi. Chodzi o Hanię. Cały czas leci na pierogach ruskich albo jajkach sadzonych. Totalnie nie wiem, co jej gotować, robić obiadu dla jednej osoby mi się nie chce, więc będę miała większą motywację. Poza tym, jej argumenty brzmią całkiem sensownie. Nie zaszkodzi spróbować.

Rewolucja – część druga.

Wierzcie mi, rezygnacja z mięsa dla osoby, która spośród słodyczy najbardziej lubiła krakowską suchą i kabanosy jest jak wejście na Mount Everest na jednej nodze. Szynki wolno dojrzewające mogłam jeść kilogramami, kabanosy to był must have w mojej lodówce. Nie wyobrażałam sobie funkcjonowania bez mięsa, a kiedy ktoś mówił, że jest wege, oczami wyobraźni widziałam go w przebraniu krowy na pastwisku.

Owszem – lubiłam sałatki, a moją numerem jeden wśród sałatek był żurek na żeberkach i boczku.

Początki nie były łatwe. Przez pierwsze dni totalnie nie wiedziałam, jak powinnam się za to zabrać. Czytelnicy polecali mi wiele blogów, rzucali radami i przepisami. Krok za krokiem uzupełniałam wiedzę, śledziłam internet w poszukiwaniu nowości. Byłam przy tym totalnie wściekła, rozdrażniona i sfrustrowana. Czułam się jak na odwyku. Zaciskałam zęby, snułam się po alejkach ze zdrową żywnością, a na widok mięsnego stoiska, ślinianki rozpoczynały hiperprodukcję. Dziś zastanawiam się, ile chemii, antybiotyków i innego syfu jest w mięsie, od którego detoks tak ciężko przeszłam.

Na samym początku bywały dni, kiedy przegryzałam kabanosa na imprezie, czy dojadałam po Nadii resztkę tuńczyka. Dopiero po niespełna miesiącu udało mi się ustawić moją i Hanki dietę tak, żeby zawierała wszystko, czego potrzebują nasze organizmy. I zrozumiałam, że w moim przypadku rezygnacja z mięsa pozwoliła, uniknąć poważnych konsekwencji zdrowotnych u mojego dziecka.

Zaczęłam stopniowo zamieniać mięso na składniki roślinne. Zamiast schabowych robiłam kotlety z czerwonej ciecierzycy, ziemniaków i marchewki. Do tej pory uważam, że to najlepsze kotlety, jakie do tej pory jadłam w życiu. Jemy bardzo dużo kasz, ryżu i makaronu. Hanka uwielbia warzywa pod każdą postacią, zieleninę, a także równie chętnie je kaszę. Jest ogromną fanką tofu, w tej nieprzetworzonej postaci! Ja muszę zabić smak marynatą, ona wciąga na surowo. Najgorzej wchodzą jej rośliny strączkowe, które są fajnym zamiennikiem dla mięsa, jeśli chodzi o zawartość białka, ale krok po kroku Hania przekonuje się do ich spożywania.

Jako, że Hanka jest w okresie intensywnego wzrostu, a także jest sportowcem, nie zrezygnowaliśmy z jajek i mleka. Codziennie poznajemy nowe smaki, nowe możliwości. Przez cały rok suplementujemy witaminę D (Hanka ma niski poziom) oraz witaminę B12. Jemy sporo orzechów i ziaren.

Jak to nie jesz mięsa?

Wegetarianizm nie jest niczym oczywistym dla ludzi. Wielu z nich twierdzi, że ta dieta jest szkodliwa dla organizmu, a na pewno niepełnowartościowa. Przestałam wdawać się z nimi w dyskusję i najzwyczajniej w świecie – robię swoje. Doskonale wiem, że źle dobraną dietą, mogę zaszkodzić nie tylko sobie, ale także dziecku. Dlatego cały czas uzupełniam wiedzę w tym kierunku, szukam nowych informacji, rozmawiam z ludźmi, którzy w ten sposób żyją od lat. Kiedyś myślałam dokładnie w taki sam sposób, jak moi znajomi. Dzisiaj wiem, że wegetarianizm wniósł do mojego życia wiele dobrego, pomimo iż jestem na nim dopiero od dwóch miesięcy. Być może to przez urozmaiconą dietę, a nie rezygnację z mięsa, jednak póki co widzę same plusy.

Często na imprezach ludzie przekonują mnie do zjedzenia produktów mięsnych: „No jak to? Nie zjesz kiełbaski, nawet po alkoholu?”, „Jak się naj*biesz, na bank wciągniesz te pałki z kurczaka”, „No daj spokój, Hania cię nie widzi, możesz zjeść te kabanosy”, „Na bank kiedy nie ma obok Hanki, jesz normalnie mięso”.

Nie jem i nie będę. Nie dlatego, że mi nie smakuje, nie dlatego, że obiecałam coś swojemu dziecku, a najzwyczajniej w świecie – nie chcę. Bo jest zrobione ze zwierząt, a pewna bardzo mądra osoba powiedziała mi kiedyś, że niewinnych stworzeń nie wolno zabijać.* 🙂

*Chyba, że są pająkami.

Hania wiele razy powtarzała mi, że jeśli zrezygnuję, nie będzie miała do mnie żalu i jest wdzięczna, że spróbowałam. Ale szczerze – dzisiaj nie wyobrażam sobie wziąć do ust kurczaka. Na samą myśl o gryzieniu kabanosa wzdrygam się. Mam również problem z przygotowaniem kotletów dla mięsożerców u nas w domu, dlatego czasami są skazani na kotlety z soczewicy, albo z kaszy jaglanej i warzyw Kiedy biorę do rąk mięso mielone, czuję dyskomfort.

Zdarza się, że w restauracjach jest mały wybór potraw bezmięsnych. Kiedy umawiam się z kimś na wyjście, często wolę najeść się w domu, w razie gdyby miejsce, do którego idziemy, nie miało w swojej ofercie potraw roślinnych, a mi pozostaną przekąski w postaci pieczywa czosnkowego. Zupełnie nie przeszkadza mi kebab na talerzu obok, kiedy ja wciągam burgera z falafelem. W najgorszym wypadku zamawiam pierogi ruskie 🙂 Kiedy idę na obiad do rodziców, nie kręcę nosem, nie przynoszę swojego jedzenia. Po prostu nie nakładam na talerz mięsa, mając świadomość, że nikt nie musi się do mnie dostosowywać. Nie polegam na nikim, poza sobą. Liczę się z różnymi opiniami, liczę się z tym, że mój styl życia może być dla niektórych fanaberią. Nie chodzę głodna, nie jem samej trawy. Przytyłam i to całkiem sporo, co mnie niezwykle cieszy!

Hania też nie miała łatwych przejść. Jej przedszkole nie jest totalnie przystosowane do wegetarian, z resztą umówmy się – jak wiele wege dzieci znacie? Na początku była przekonywana do mięsa, karmiona nim. Któregoś razu, kiedy powiedziała, że któraś z nauczycielek kazała jej zjeść mięso, pomimo faktu, że inna pozwoliła jej zostawić z racji wegetarianizmu, poprosiłam, żeby więcej tego nie robiły. Zgłosiłam w sekretariacie przedszkola fakt, że Hanka ma nie jeść mięsa, chyba że ona sama zdecyduje inaczej. Walczyłam z nią wiele miesięcy i w końcu uznałam, że jedyne co mogę zrobić to wspierać ją całą sobą, stać po jej stronie. W tej kwestii również przedszkole stanęło po stronie Hani, a ja wzięłam na siebie bilansowanie jej diety, analizując przedszkolne menu, każdego dnia.

Rewolucja – część trzecia.

I w ten sposób, jeszcze wtedy pięcio i półletnia dziewczynka zaczęła zmieniać świat. Zaczęła go zmieniać od siebie samej. Od zmiany swojego nastawienia, rewolucji w swoim życiu.

Haniu, wiesz że robisz coś dobrze wtedy, gdy inni chcą Ciebie naśladować. Ja chcę. Ja w Ciebie wierzę. Za każdym razem kiedy ocieram Ci łzy na basenie, bo twierdzisz że nie potrafisz. Za każdym razem gdy lądujesz na pupie, jeżdżąc na nartach lub spoglądasz w dół wielkiego stoku i twierdzisz, że się boisz. A wtedy ja Cię przytulam i mówię: „Chociaż spróbuj. Jeśli się nie uda, pójdziemy do domu. Ale zobaczysz, że kiedy wygrasz, będziesz niesamowicie dumna z siebie. Ja jestem dumna z Ciebie już w momencie kiedy wstajesz i robisz krok do przodu, zamiast się wycofywać”. Twoja wrażliwość porusza najtwardsze struny, kruszy serca.

Ta mała dziewczynka robi rzeczy z pozoru błahe i nic nieznaczące dla innych. Stawia braci mniejszych na równi ze sobą. Wrzuca plastikową butelkę do żółtego kubła. Idąc do lasu, chowa do kieszeni reklamówkę na śmieci. Śpi z maskotką w kształcie krowy, bo krowy są od kochania, nie jedzenia.

Haniu, najwspanialsza istoto, od jakiej było dane mi się uczyć życia, jesteś synonimem powiedzenia: „Chcesz zmienić świat, zacznij od siebie”. Pamiętaj, że ratując jedno życie, to tak jakbyś ratowała cały świat. Czyjś świat.

Dziękuję.

2 Komentarzy/e
  • Marthe

    Odpowiedz

    Ta historia jest taka piękna, aż się wzruszyłam! i podziwiam Was obie za siłę – pewnie nieraz musiałaś słyszeć komentarze typu „ale jak to dziecko nie je mięsa? Przecież musi, bo rośnie! Zagłodzić je chcesz?”. Trzymajcie się dzielnie!

  • Aga

    Odpowiedz

    Mam z moją córka lepiej, bo nie mieszkamy w Polsce.. więcej zamienników, coraz więcej przedszkoli ma w ofercie wyłącznie wegetariańskie menu, większą tolerancja (ale idiotycznych tekstów także nie brakuje, zwłaszcza od znajomych rodakow i że wschodu). Podziwiam twoja córkę i ciebie, że dajecie radę w Polsce, gdzie jest mniej udogodnień. Bądźcie silne! Robicie coś wspaniałego dla siebie i planety:)

Skomentuj