Zacznijcie zajmować się swoimi dziećmi, zamiast mieć pretensje do wszystkich naokoło. Czy gównoburze to nowy ulubiony sport narodowy Polaków?

1229 Odczytano 1 Komentarz

Mam nieodparte wrażenie, że ulubionym sportem narodowym Polaków jest kręcenie gównoburzy. Powinni robić z tego jakieś zawody, mistrzostwa Polski na przykład. Wyobraźcie sobie, że do konkurencji staje typowy Janusz, albo inny Marek, coby nie dyskryminować imienia. Albo Grażyna taka, kontra Halina. I ta Grażyna z Haliną mają przed sobą temat jakiś, z gatunku kontrowersyjnych. Albo nie. Pójdźmy o krok dalej. Przepis na bigos. I oni muszą pod tym przepisem ukręcić gównoburzę. Bo na przykład Halina dodaje do bigosu trzy ziarenka ziela angielskiego, a Grażyna siedem i dwa liście laurowe. Wygrywa ten, kto sprowadzi przeciwnika do poziomu społecznego dna, nie znającego się na życiu.

Konkurencja druga to temat fotelików, klapsów albo innych szczepień. Zawodnicy koniecznie nie mogą mieć dzieci, bo jak wiadomo, dzieci najlepiej się wychowuje, kiedy się ich nie ma.

Konkurencja trzecia, w której można uzyskać tytuł shitstormowca roku, to kilka zdjęć upierdolonych makaronem krzeseł i przynęta w postaci hasła „Nie wpuszczamy więcej dzieci, nu nu nu”.

Powiem Wam coś, moi drodzy.

Ja również jestem za jedzeniem w ciszy. Lubię wyjść do restauracji z mężem, zostawiając uprzednio dzieci pod opieką kogoś tam. Lubię popatrzeć w oczy mojemu lubemu, słuchać tego co mówi, bez poczucia Zespołu Touretta, kiedy moja głowa kręci się we wszystkich kierunkach, próbując ogarnąć dwie małoletnie dziewczynki, ewidentnie nudzące się przy stoliku. Przy tym wszystkim nie potrzebuję strefy wolnej od dzieci, a rodziców, potrafiących swoje dzieci ogarnąć.

Niestety, niejednokrotnie to dorośli zachowują się gorzej niż dzieci. Pomijając ludzi, którzy przy spotkaniach w większym gronie zachowują się głośno, niejednokrotnie wulgarnie. Głośne śmiechy, krzyki, wrzaski czy śpiewanie. Może zróbmy więc strefę wolną od buców, którzy nie potrafią uszanować przestrzeni publicznej i komfortu współtowarzyszy ze stolika obok?

Wróćmy do tematu rodziców. To tylko i wyłącznie od Was zależy, jak Wasze dziecko będzie się zachowywało w restauracji. Wiadomo, że dwu, trzy – latek nie usiedzi w miejscu czterdziestu minut, w oczekiwaniu na posiłek. Wiadomo, że dziecko ma prawo być zmęczone, rozdrażnione czy znudzone. Jednak to my – RODZICE, wybierając się do restauracji, bierzemy odpowiedzialność nie tylko za swoje dzieci, ale również za komfort ludzi obok. Wydaje mi się, że w ciągu kilku lat rodzic jest w stanie poznać swoje dziecko na tyle, żeby przewidzieć jego zachowanie w miejscach publicznych. I tak, na przykład, może warto zrobić mały research, przed pójściem do restauracji? Czy jest tam kącik dla dzieci, ewentualnie park lub plac zabaw obok, gdzie dziecko może spędzić czas w oczekiwaniu na posiłek? A może, najzwyczajniej w świecie, należy wyjaśnić kilkulatkowi, jak powinien zachować się w restauracji, zanim tam pójdziemy? Umówmy się – rodzice idą do restauracji dla własnych potrzeb i wygody. Takie miejsca nie są atrakcyjne dla dzieci i nie ma w tym nic niestosownego. Tak samo, jak mnie wkurza czekanie pół godziny w kolejce do lekarza, po pewnym czasie odbija mi palma, kiedy słucham opowieści o gazach wydobywających się z różnych dziur, lub o żylakach na przełyku, tak samo dziecko nie widzi nic fajnego w siedzeniu przez kilkadziesiąt minut i patrzeniu, jak rodzice popijają piwo. Zawsze można zabrać kolorowanki, jeśli knajpa takimi nie dysponuje, albo drobne zabawki. Za to nigdy, przenigdy nie powinno się pozwalać dzieciom na chodzenie luźno po sali. I chodzi tutaj nie tylko o komfort innych gości a o zwykłe bezpieczeństwo dziecka. Kelnerzy noszą gorące potrawy i napoje. Nie chcemy chyba, żeby trzylatek wylądował pod nogami osoby niosącej talerze?

I ostatnia rzecz, która świadczy najzwyczajniej w świecie o dobrym wychowaniu. Fakt, że idziemy do restauracji i kelnerzy sprzątają po nas talerze, nie świadczy o tym, że mamy zostawić po sobie chlew. Wyobraź sobie, że przychodzę do Ciebie na kawę. Moje dzieci rozlewają napoje, kruszą ciasta na dywan a ja siedzę i mam w dupie, bo przecież jestem gościem. Jaka będzie Twoja reakcja? W najlepszym wypadku, następnym razem zaprosisz mnie bez dzieci.

Tak już zostałam nauczona, że staram się pomóc w sprzątaniu, będąc u kogoś w gościach. Jeśli ktoś sobie tego nie życzy, pilnuję, żeby moje dzieci posprzątały chociaż po sobie zabawki, a ja cichaczem wrzucam kubek do zmywarki. Również w restauracji jesteśmy czyimiś gośćmi. Kwestia utrzymania porządku to dobre wychowanie.

To nie dzieci są problemem w restauracji, tylko rodzice. Dzieci nie są niegrzeczne, tylko niewychowane. To rodzice są odpowiedzialni za to, by określić zasady panujące w takich miejscach, a następnie ich przestrzegać. To samo tyczy się muzeum, kina czy kościoła. Moje dzieciaki nie są święte. Nadia ma motorek w dupie, który nie pozwala jej usiedzieć w miejscu. Dlatego też, jeśli zakładam, że wyjście z dzieckiem do kościoła czy restauracji będzie większym problemem (dla mnie) niż przyjemnością – odpuszczam. Jeśli „ryzykuję” takie wyjście, staram się zająć córkami tak by nie sprawiały problemów innym, a w najgorszym wypadku wyprowadzam je z sali.

Szczerze? W dupie mam podział na restauracje z wstępem dla dzieci i te wyłącznie dla dorosłych. Nie mam dziesięciu lat, żeby obrażać się za to, że nie mogę wejść gdzieś z moim „bombelkiem”. Lubię chodzić z mężem na randki, lub koleżanką na kawę i mieć poczucie, że nikt nie zawraca mi dupy swoimi krzykami czy niewłaściwym zachowaniem. Ale czy na drzwiach będzie tabliczka z informacją, że lokal przyjazny jedynie dorosłym, czy też rodzice w końcu wezmą odpowiedzialność za swoje dzieci i te będą odpowiednio zaopiekowane – mam to w nosie. Swoją indywidualną przestrzeń mam w domu i jeśli nie odpowiada mi jakieś miejsce – po prostu tam nie idę.

A Wy drodzy dorośli, przestańcie szukać drzazgi w oku innych, kiedy nie widzicie belki w swoim. Zastanówcie się najpierw nad swoim zachowaniem, czy zawsze jesteście tak krystalicznie czyści jak Wam się wydaje, zanim osądzicie innych. Jeśli tak, może warto czasami przestać spinać poślady i być bardziej przyjaznym w stosunku do świata?


1 Komentarzy/e
  • Justyna

    Odpowiedz

    Właśnie to – bądźmy bardziej przyjaźni dla świata! 🙂

Skomentuj