Historia złamanego serca.

3529 Odczytano 14 komentarzy

Miałam całkiem niedawno psa.

Piękny był. Miał złotą sierść a pod tym złotym puchem złote serce. Jak tylko otwierał pysk to wpadało do niego wszystko w promieniu stu metrów, łącznie ze skarpetkami Hanki i drewnianą łyżką do skrobania po patelni. Kwiaty w ogrodzie, drzewka i stare grabie pod płotem. Taka złota czarna dziura. Bo to duży był pies i na dwóch łapach mierzył skromnie tyle co ja, a ja u Pani Bozi zamiast po cycki, stanęłam w kolejce po wzrost. Więc ten pies jak chciał zdjąć sobie ze stołu to zdejmował i jak chciał wyjąć ze zlewu to wyjmował. Ale, że mądre to było, przy nas maszerował na tip i na top. Siadał, słuchał, nie dotykał, nie ruszał się, ruszał się, warował i tańczył na komendę. Długie miesiące szkoleń wpojone w złoty umysł zaowocowały przyjacielem, a raczej przyjaciółką, bo to ona była, która dla swojej pani, swojego pana i swojej panienki zrobi wszystko. Kochała nas tym złotym sercem a my ją, panienka zwłaszcza. Ale jak już przekroczyło się próg domu, w kierunku świata, pierzyna sierści otrzepywała się ze złota i rozrywała w pył wszystko, co stało na drodze. Albo raczej w salonie.

A później przyszły ciężkie czasy.

Los mnie przykuł do łóżka, a raczej Nadia w wersji 2w1. Cztery miesiące uczyłam się seriali na pamięć, czytałam książki i leżałam na zapas. A pies mizerniał w domu bo dwugodzinne spacery zostały ograniczone do trzech pięciominutowych wyjść na sika w ogrodzie. Nim zdążyła obejść wszystkie włości to ja już myślałam, że „O Boże, zaraz urodzę” i gnałam ślimaczym tempem z powrotem na kanapowy areszt.

Mąż w tym czasie pracował za dwóch a nawet i pięciu. Bo był matką, ojcem, kierowcą, kucharką, sprzątaczką i każdym kolejnym, kim ja nie mogłam być. Był samotnym ojcem i samotnym mężem. Ogarniał nieogarnięte, czyli mnie, dziecko, dom i pracę. A pies nadal mizerniał. W końcu postanowił zamieszkać w ogrodzie bo wołami nie dało się go zaciągnąć do domu. Z ogrodem się polubił ale raczej nie ze wzajemnością. Zastał ogród zielony a zostawił rozpierdolony. Raz na dwa dni przyjeżdżał dziadek i wyprowadzał złotą sierść na spacer do lasu. Ale sierść jak poczuła wolność to poszła w długą raz i drugi i dziesiąty. I dziadek stwierdził, że sorry ale nie da rady. Bo mu te 35 kilo energii powyrywa barki a on po stu metrach sprintu przez pola dostaje zadyszki. A pies znowu mizerniał. Przeskakiwał przez płot, żeby chociaż przez chwilę poczuć wolność

Aż pewnego dnia, po rozważeniu wszystkich za i przeciw, z czego przeciwko było tylko moje rozdarte serce, postanowiłam poszukać dla niej tymczasu. Na trzy miesiące, do dnia porodu. Na chwilę, nie dłużej. Bo przecież ona musi wrócić, umrę z tęsknoty. Pojechała w marcu. Do domu pełnego miłości i innego goldena. Chwila przedłużała się bo dom nie chciał jej oddać. Pokochali ją a ona ich. I pies, ten z tymczasu też ją pokochał. A ona go. Została do dziś. Nie mieliśmy serca zabierać jej po kilku miesiącach.

Pustka pozostała.

Długo zarzekałam się, że nigdy więcej psa. Że nie zniosę kolejnej straty, że nie nadaję się do dogrentingu. Ale czegoś brakowało mi w naszym życiu. Były dwa koty i dwójka dzieci. Pomimo to – pustka.

Tamtego dnia pojechałam po zupełnie innego psa. Wbrew PT, który kategorycznie nie zgadzał się na posiadanie kolejnego członka rodziny. Miał uraz po Czajnie, totalnej bombie atomowej.

Biały sznaucer zawadiacko spoglądał ze zdjęć, czarował dwoma węgielkami na tle śnieżnobiałej sierści. Był idealny pod każdym względem. I wtedy wśród braci i sióstr wyłoniła się ona. Najmniejsza. Najspokojniejsza. Najbrzydsza. Z chorą łapką. Trzęsąca się ze strachu, zahukana wśród szalejących szczeniaków. Wielki psi Amor wbił strzałę w moje serce.

Do domu przywiozłam psa zupełnie innego niż planowałam.

Weszłam do domu, włączyłam kamerę i położyłam dwa trzęsące się kilogramy na kolanach Hanki. Później działa się magia. Wielkie oczy urosły i zaświeciły tysiącami iskier. Uśmiech wyłonił wszystkie perły, starannie szorowane każdego ranka i zawsze wieczorem. „Jesteś najlepszą mamusią na świecie”. Chciałabym, Kochanie. Chciałabym.

I pomimo ciszy w domu, bo PT lewitował gdzieś pomiędzy „jestem wściekły” a „co będzie na obiad?”, wiedziałam, że dobrze zrobiłam. Bo małe psie serce, tak różne od tego, które znałam, skradło wszystkich domowników. Od kotów, szarpanych za uszy i ogony, znoszących dzielnie małego wariata, po PT, który wieczorami siada na kanapie, drapiąc za wystrzyżonym uchem swojego psa.

I chociaż nie zapełniłam pustki w sercu, bo nadal tęsknię okropnie, uzupełniłam nasze życie po brzegi. Dom jest tym domem, który zawsze chciałam mieć. Z kotem wygrzewającym się na parapecie, a nawet dwoma, dziećmi biegającymi po ogrodzie i psem drzemiącym na moich kolanach. Z bajką lecącą w tle i kredkami rozsypanymi pod stołem. Z pogryzionym kapciem pod kanapą i zapachem rosołu w niedzielny poranek. Z psem grzejącym stopy zimną nocą, pomimo, że przecież nigdy miałam go nie wpuszczać do łóżka. I tupotem małych stóp w nocy, gdy przyśni się im coś złego.

Z uśmiechem, miłością, spełnieniem.

 

14 Komentarzy/e
  • Patrycja

    Odpowiedz

    Dziekuje. Brakowalo tego tekstu. Wyjasnienia. Teraz rozumiem. Zle Cie ocenilam. Choc nigdy nie mialam odwagi napisac to w myslach widzialam jak sie go pozbywacie. A to nie tak. Czasem zycie nie pozostawia wyboru. Wam sie udalo. Jest szczesliwa i to najwazniejsze 🙂

  • Angelika

    Odpowiedz

    A weź. Po tym jak napisałaś, hejtujcie, myślałam że zrobiłaś coś złego. A ty się wkoncu chwalisz harmonią, idealnym, pelnym domem i miłością która podarowalas już nie jednemu siersciuchowi. Nie idealna. Jesteś idealna 😉

  • Margot

    Odpowiedz

    Piekny piesek, piekna historia. Mam tylko nadzieję, że jestes przygotowana na to, ze ta rasa psow bardzo często choruje na guzu mozgu? Na pewno wiesz, skoro sie na niego zdecydowalas. Pozdrawiam 😌

  • Mamaandco.pl

    Odpowiedz

    Wybrałaś mniejsze zło oddając poprzedniego pieska pod opiekę, a zarazem jestem pełna podziwu, że nie odebrałaś go gdy już pokochał nowych właścicieli – mi by chyba pękło serce. Mam nadzieję, że nowy piesek trochę ukoi smutek i okaże się towarzyszem na całe życie!

  • Sylwia

    Odpowiedz

    Wydaje mi się, że jesteś szczęśliwa… fajnie…

  • Magda

    Odpowiedz

    Byłam na Ciebie zła. Nie wyobrażałam sobie jak można oddać psa komukolwiek w jakiejkolwiek sytuacji. Dwa miesiące temu zostałam mamą. Mam w domu niemowlę z kolkami i niewybieganego beagle’a. Oddałabym wszystko za chwilę ciszy bez ryku i bez szczekania, choć kocham i jedno, i drugie stworzenie 😉 Teraz Cię rozumiem. Przepraszam za swoje myślenie.

  • Karolina

    Odpowiedz

    No fajnie, że w końcu podjelas temat…szkoda tylko, że z siebie robisz cierpietnice.. A to złamane serce moim zdaniem należało jednak do psa..rozumiem, różne są sytuacje w życiu, ale mając dom z ogrodem, sory..myślę że nie bylo ci aż tak przykro..

    • matka-nie-idealna

      Mając dom z ogrodem, pies uciekał. Nie wiem na ile znasz rasę, ale niestety ogród nie wystarczy. Pies potrzebuje wybiegania. Poza tym, nasz ogród trzeba było „remontować” po dwóch tygodniach, jak w nim była. Został całkowicie zdemolowany, łącznie z TRZYDZIESTOMA półmetrowymi dziurami, które Grzesiek zakopywał. Puść dwuletnie dziecko do takiego ogrodu. A później pilnuj, żeby nie złamało sobie nogi.

  • Szwalnia Snów

    Odpowiedz

    Piękna historia! Naprawdę fajnie jest coś takiego przeczytać w poniedziałkowy poranek, lekko mglisty i senny od weekendowego zmęczenia! Pozdrawiamy serdecznie – Szwalni snów

  • Kik

    Odpowiedz

    Ja jednak dalej nie rozumiem…Ale to chyba zależy od tego, jak traktujesz psa. Bo dla mnie pies, to członek rodziny. Ja swojego dziecka nie oddałabym na „tymczas” do domu dziecka, czy do rodziny zastępczej, bo mam ciężki okres w życiu i nie daje rady go wychowywać i się nim zająć. Ale to jak mówię, dla mnie pies to pełnoprawny członek rodziny… Jak widać, nie dla wszystkich tak to funkcjonuje.

    • matka-nie-idealna

      Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Łatwo mówić nie będąc w czyjejś sytuacji, czyż nie?

    • Kik

      Absolutnie nie jest łatwo, ale są postaw, których się nie akceptuje bez względu na punkt siedzenia. Tyle. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że tego pieska nie oddasz, tylko stworzysz mu kochający dom, tak jak swoim dzieciom. Bo i za nie i za to małe włochate dziecko jesteś odpowiedzialna :).

      • matka-nie-idealna

        Naprawdę łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Naprawdę łatwo jest oceniać kogoś z poziomu kanapy, nie będąc w jego skórze. Troszkę zrozumienia dla innych. I wszystkim będzie żyło się łatwiej 😉

  • Aga

    Odpowiedz

    A ja szanuję decyzję. Nie wiem jak bym postąpiła. Ale mając do wyboru zdrowie dziecka i utrzymanie ciąży oraz nieszczęśliwego psa, który marnieje w oczach, wybrałabym jak Natalia. Nie uśpiła psa, nie porzuciła w lesie, nie oddała do schroniska. Trochę wyrozumiałości. Mniej oceniania innych …

Skomentuj