Moment, w którym życie zwalnia.*

2709 Odczytano 1 Komentarz

Codziennie gnamy. Do pracy, z pracy, do żłobka, do przedszkola, na balet, na zakupy.

Gonitwa rozpoczyna się o siódmej, kiedy budzik informuje mnie, że jest dwadzieścia minut za późno, by się nie spóźnić na przedszkolne śniadanie.


Cztery i pół roku

A jeszcze przed chwilą mieściła się na przedramieniu. Jeszcze przed chwilą leżała na mojej piersi logując się na serwerze zwanym „życie”. Czuję jej zapach, zaraz po narodzinach. Słyszę odgłos przełykanego mleka, ocieram tetrą kąciki ust. Widzę, jak leżę z nią na szpitalnym łóżku, odsuwając noworodkową kuwetkę daleko w kąt. Uczę się nowej, życiowej roli. Ćpam macierzyństwo. Chłonę każdy moment.

Pamiętam naszą drogę do domu po wyjściu ze szpitala. Biały dres z miękkiego pluszu i czapkę z uszami niedźwiedzia. Pamiętam kruchość jej ciałka i moje trzęsące się dłonie, pełne strachu, że nie potrafię obsługiwać tego małego człowieka.


Kuchnia

Drewniane meble, granitowy blat. Ciemno zielona ściana, stół z Ikei i dwa krzesła. I lodówka, ta, z której leje się woda do dziś. Sto dwadzieścia metrów więcej i pięć kilometrów dalej nadal z nami jest. Tylko ona pozostała wspomnieniem starego domu. Tego, w którym wszystko się zaczynało.

Woda – trochę zbyt gorąca i wanienka w żabim kolorze. Codziennie, punkt dziewiętnasta, przez dwa lata jej istnienia, życie zwalniało. Zostawialiśmy w tyle złość, smutek, pracę i wszystkie problemy. Byliśmy my, ona i wanienka w żabim kolorze. Była woda – trochę zbyt gorąca i lodówka, z której do dziś się leje.

Były wielkie dłonie taty, wmasowujące balsam po kąpieli. Zawsze wracał na masaż, taki miał zwyczaj. Czasami rzucał szybko przez telefon „Spóźnię się. Zacznij ją kąpać, tylko nie masuj! Ja to zrobię”. Wbiegał do domu, rzucał kurtkę na ziemię i w locie rozgrzewał dłonie. Sam na sam. Mały i duży człowiek.


Dzisiaj, jedno dziecko więcej i cztery i pół roku później, nasze codzienne rytuały powoli zanikają. Kąpiemy się szybko, przełykając ostatni kęs parówki. Masaż całkowicie zaniknął, ustępując miejsce siostrze, która czeka na swoją kolej do wyjęcia z wanny.  Bo przecież ona miała być pierwsza, szybsza, wytarta o ułamek prędzej niż siostra.

A Wy jakie mieliście rytuały? Trzymacie się ich do dziś?

* Powyższy wpis jest pierwszym powstającym we współpracy z La Roche-Posay.

1 Komentarzy/e
  • Iza

    Odpowiedz

    Boże…. u mnie tak minęło 7 lat…. 7 lat, przybylo nam troche metrów w mieszkaniu, troche mebli,pojawił sie drugi mniejszy człowiek, kot, królik, rybki…..pies nadal wiernie od poczatku z nami, juz 8 lat… i tak czasami patrze na.swoje dzieci i nie wiem kiedy to minęło i tak mi troche żal…. 🙂 rytualy tez sie zmienily…. dziś czytamy wieczorami i widze ze to stalo sie naszym rytualem🙂

Skomentuj