Czy przyszłe wybory naszych dzieci definiują naszą miłość?

511 Odczytano 0 Komentarzy

Odebrałam telefon, kilka dni temu, z prośbą o znalezienie w moim przepastnym terminarzu życia chwili na gościnny udział w telewizji. I chociaż do telewizji się nie wybieram, chociaż opcja wielkiego świata wyciąga w moją stronę kuszącą dłoń, ta rozmowa rozsiadła się w mojej pamięci tak bardzo, że dzisiaj obudzona bólem gardła i perspektywą pracy z biura usłanego kołdrą, postanowiłam spisać to w miejscu, które kiedyś w przypadku czystej ludzkiej słabości, będzie dla mnie hamulcem bezpieczeństwa.

– Pani Natalio. Co będzie, jeśli któraś z pani córek przyjdzie za kilka – kilkanaście lat i powie, że jest homoseksualistką? Albo, że jest transpłciowa i chce zmienić płeć?

– Ale jak to? – Zdziwiłam się. – Co ma być?

– No wie pani… Jak pani zareaguje? Zaakceptuje pani takie dziecko? Czy może będzie pani starała się rozmawiać, przekonywać?

– Przecież to jest moje dziecko. Za piętnaście lat nadal nim będzie. Jak mogłabym przestać kochać swoje dziecko, tylko ze względu na jego wybory czy tożsamość? Coś pani powiem – kontynuowałam. – Jestem wielką fanką bycia wychowywaną przez dzieci. Przez najczystsze, najbardziej bezinteresowne i naturalne osoby jakie przyszło nam poznać. Przez osoby, które nie mają żadnych uprzedzeń, żadnych mentalnych ograniczeń.

Nie obchodzi mnie to, czy moja córka będzie kochała mężczyznę, czy kobietę. Nie obchodzi mnie czy będzie córką czy mężczyzną. Czy zechce zostać strażakiem, zakonnicą czy baletnicą. To jest moje dziecko, któremu sto razy dziennie mówię, że je kocham i może liczyć na mnie w każdej sytuacji. Proszę sobie wyobrazić taką rzecz – przez całe życie mówię córkom, że zawsze będę obok, będę je wspierała, a one mogą przyjść do mnie z każdym problemem, dylematem czy wyborem. I za dwadzieścia lat one przychodzą, a ja mówię „We wszystkim możesz na mnie liczyć, ale w tej jednej rzeczy nie”. I wtedy wszystkie te słowa, które wpajałam im latami, okazują się być, za przeproszeniem, gówno warte. Okazują się być puste, nic nie znaczące. Bo słowa a czyny to dwie różne rzeczy. I ja nie zwykłam marnować ani czasu, ani słów.

– Proszę wybaczyć to klikanie, wszystko notuję na komputerze. – Wtrąciła pani redaktor. -Podziwiam pani model wychowania. Naprawdę, jestem pod ogromnym wrażeniem pani słów. Jest pani cudowną mamą. Chciałabym, żeby było więcej ludzi z takim modelem wychowania.

– Nie, nie jestem cudowną mamą. Jestem człowiekiem, który popełnia masę błędów. Ale mam za to cudowne dzieci, których staram się nie zepsuć. Staram się wlać w nie tyle miłości, poczucia własnej wartości i pewności siebie, żeby kiedyś ten okrutny świat ich nie zeżarł. Moje wychowanie nie polega na wybieraniu im drogi, tylko towarzyszeniu im w ich własnej. Mogę pokazać im co jest dobre a co złe, mogę tłumaczyć i wyjaśniać. Ale ostateczna decyzja i tak należy do nich. Uczę je ponosić konsekwencje swoich czynów, popełniać błędy ale i nie poddawać się, kiedy już ten błąd popełnią. Moje starsze dziecko od ponad dwóch lat nie użyło słów „Nie dam rady”, „Nie umiem”. Zamiast tego zawsze, kiedy ma do pokonania jakąś trudność, mówi „Spróbuję”. Wracając do początku rozmowy, każda wiadomość odbiegająca od społecznej „normy” pewnie zbije mnie z nóg, zabierze na chwilę oddech. Ale wtedy przypomnę sobie słowa pewnej sześciolatki, która położy mi na dłoni całe swoje zaufanie i wiarę w matczyną miłość i powiem „Spróbuję.”.


Spodobał Ci się ten wpis?

Pamiętaj, że najlepszą zapłatą dla autora jest Twoja reakcja, która bez wątpienia da mi kopa do dalszej pracy <3
Będę wdzięczna, jeśli dasz mi o tym znać tutaj na blogu lub na Facebooku (klik), łapką w górę, komentarzem lub udostępnieniem postu.

Zapraszam Cię również do przeczytania moich poprzednich wpisów na blogu, które znajdziesz poniżej.

0 Komentarzy/e

Skomentuj