Krótko o ciuchach, uzależnieniu od kupowania i nauce pływania w ślinie.

742 Odczytano 0 Komentarzy

Ten post miałam w głowie od… Dokładnie od 4 dni. Tworzyłam go, zapisywałam, kasowałam. Znów tworzyłam, znów kasowałam, coś dopisywałam, coś zmieniałam. Nie, nie mam okresu, napięcia PMS też… Pomysł był, ale dopadła mnie mózgowa czarna dziura, synapsy nie stykały i ogólnie kaszanka z musztardą jakich mało. Kobiety powinny mnie doskonale zrozumieć. Niby się czegoś chce, ale do końca nie wiadomo czego. W końcu synapsy zaiskrzyły, pobuntowały się trochę, ale udało się stworzyć wpis o bolączce każdej nowo upieczonej mamy.

Endżoj!

O naiwna i niedoświadczona matko ! Tak to ja…

Gdy tylko dowiedziałam się o ciąży, moje priorytety zaczęły się zmieniać wraz z wypukłością Hanisławy. Małż z przerażeniem przyglądał się rosnącemu zadłużeniu na karcie kredytowej, a ja uzbrojona po zęby w dopiero co wyczytane internetowe porady, mówiące ile srajmajtek potrzebuje nowo narodzone dziecię i inne genialne informacje dla naiwnych młodych matek, wpadałam do marketów i galerii rządna zakupów. Generalnie w tamtym okresie łykałam wszystko niczym młody pelikan i gdy tylko coś wyczytałam, nie było zmiłuj, tak musiało być. Na wystawach wszystko wydawało się takie piękne, takie słodkie i takie nieprzydatne. Mogę się założyć, że gdy tylko jakakolwiek matka przekroczy próg dziecięcego sklepu, ekspedientki rozpylają w powietrzu substancje uzależniające. Swoją drogą, przy wejściu do takiego sklepu powinny być taczki zamiast koszyków na zakupy. Po pierwsze dla matek ogarniętych szałem kupowania, coby się zakupy pomieściły, po drugie dla ojców ze stanem przedzawałowym, których mamusie będą wywoziły na owych taczkach poza czeluści Mordoru. Z resztą na drzwiach powinien być napis „Ojcom wstęp wzbroniony” lub „Ojcze, wchodzisz na własną odpowiedzialność” a odważni, którzy podejmą ryzyko, zaraz po wejściu powinni dostać 50-siątkę wódki dla ukojenia nerwów. Pan Tata nawet do takich sklepów nie wchodzi, bo zapewne skończyłoby się to toczeniem piany z ust, podniesionym ciśnieniem a w najgorszym wypadku rozwodem. Gdy wrócił ostatnio z pracy z sukienką dla Hanisławy, z wrażenia wypuściłam na podłogę kiszonego, co w zupie miał pływać i spytałam nieśmiało, jakie dziś święto, że kupił dziecku czterdziestą drugą sukienkę do kolekcji. Pan Tata wyprowadził mnie jednak z błędu mówiąc, że to prezent od dziadków.

Czternaście sukienek, trzy pary jeansów i osiem bluz później stwierdzam, że na pewno byłam pod wpływem czegoś niezidentyfikowanego, zapełniając szafę dziecka. Aktualnie używam na zmianę 3 zestawów ubrań, bo i tak wszystko kisi się pod zimowym kombinezonem a w gościach Hanisławie jest najwygodniej w rajtkach i body z długim rękawem. Jako, że ulubioną zabawą dziecięcia jest zasikiwanie nowych ubrań, czystych pieluch i nowych podkładów na przewijaku, zawsze w zapasie mam zestaw ratunkowy. A! I jeszcze ostatnio toczy hektolitry śliny z ust, obśliniając wszystko w promieniu 2m, w związku z czym częstotliwość zmiany bodów w ciągu dnia wzrasta niekiedy do 3 razy, a na łóżeczku widnieje wystawa suszącej się odzieży. Jak tak dalej pójdzie, zamontuję Hanisławie sznurki pod sufitem sypialni, bo miejsca na zaślinione ciuszki zaczyna brakować. Chociaż ślinić, to zupełnie niepasujące słowo do tego, co się dzieje z moim dziecięciem. Potop, powódź jest bardziej adekwatne do sytuacji. Jakby Haniutka włożyć do wanny rano, można zamontować jej pływaczki i wieczorem nie trzeba będzie już jej kąpać. Gdy idziemy na basen, ilość wody wzrasta wraz z naszym przybyciem.Zastanawiam się, skąd bierze tyle płynów, bo spoglądając na swoje wymionka dochodzę do wniosku, że ja mleka na pewno tyle nie produkuję!

Anyway.
Ostatnio Pan Tata stwierdził, że jestem zakupoholiczką. Rzeczywiście coś w tym jest, bo wystarczy wypuścić mnie do warzywniaka po ziemniaki a ja i tak wrócę z grzechotką, skarpetkami lub śpiochami. Warzywniak 20m od klatki, najbliższy dziecięcy 300m dalej, a ja i tak zrobię tak, że do niego zajdę „po drodze”. Już się wycwaniłam i żeby małż nie jęczał, kupuję ciuszki 3 rozmiary za duże, do tego chowam głęboko w szafie i gdy tylko wyciągnę coś nowego, tłumaczę, że przecież kupiłam to 2 miesiące temu..

No ale szczerze… Kiedy mamy wariować, obkupować i cieszyć się z takich rzeczy jak nie teraz…?

0 Komentarzy/e

Skomentuj