Lubisz siebie?

741 Odczytano 5 komentarzy

Zapytałam Was kilka dni temu, czy lubicie siebie. Czy gdyby obok Was stanęło Wasze lustrzane odbicie, zaprzyjaźnilibyście się z nim. 

Na przeczytanie odpowiedzi potrzebowałam dwóch dni. Przez dwa dni łzy płynęły mi po policzkach, kiedy widziałam jak wymieniałyście w sobie cechy, których nie lubicie. Przez dwa dni zastanawiałam się, jak te piękne kobiety po drugiej stronie, których profile za każdym razem sprawdzałam, mogą nie tyle nie lubić, co nie akceptować siebie. Na sto odpowiedzi dwie, może trzy brzmiały „Lubię siebie ale…”. Reszta twierdziła, że nie chciałaby kumplować się ze swoją kopią.


Coś Wam opowiem.

My się z Panem Rokiem 2019 nie za bardzo lubimy. Bo jak lubić kogoś, kto krok za krokiem podkłada mi pod nogi stopę i patrzy, w głośnym śmiechu aż do rozpuku, jak lecę z hukiem na twarz? Jak lubić kogoś, kiedy budzę się z myślą, że gorzej niż wczoraj być nie może, a tuż po obudzeniu podłoga okazuje się być usłana klockami Lego?

I tak dzień za dniem, tydzień po tygodniu i miesiąc w miesiąc, pytałam każdego dnia: „To jest kurwa jakiś chory żart, Dwa Tysiące Dziewiętnaście? Ile można upadać, a potem wstawać, a potem znowu lądować z impetem na glebie? Nie dam rady już składać swojego serca, swoich emocji, a rany na kolanach zaczynają gnić”. Problem gonił problem, a moje poczucie własnej wartości zaczęło lewitować znacznie poniżej poziomu morza. Poczułam się tak wyczerpana psychicznie i fizycznie, że byłam gotowa złożyć rękawice i poddać się walkowerem.

Chciałabym z tego miejsca napisać Wam, że się wszystko skończyło happy endem, że my z Panem Rokiem mamy sztamę. Że przeprosiliśmy się za te kamienie w butach i kłody ciskane pod nogi. Ale ja mój happy end zaczynam dopiero tworzyć. 

Bo kiedy kolejny poranek przycisnął mnie za krtań do ściany, kiedy już podnosiłam dłonie w geście poddania, zanim na dobre otworzyłam oczy, pomyślałam, że to się przecież kiedyś musi skończyć. Stanęłam przed lustrem i w geście sojuszu z samą sobą, nie tym losem co bezlitośnie ze mnie drwi, uśmiechnęłam się do siebie. 

Zaczęłam się zastanawiać, czy lubię siebie. Czy gdyby stanęła obok mnie kopia, klon mojej osoby, podałabym jej rękę? Czy zapałałabym sympatią?

Tak.

Mogę śmiało powiedzieć, że nie znam (osobiście) drugiej takiej osoby, która cały czas prze do przodu, pomimo przeciwności. Wstaję każdego ranka, walczę o przetrwanie. Ogarniam życie takie, jak sobie wymyśliłam, pomimo iż łatwe nie jest. Nawet kiedy motywacja sięga mułu, siadam przy komputerze i tworzę. Nawet jeśli nie widzę w tym głębszego sensu. Bo wiem, że jeśli się poddam to będzie moja osobista porażka. Moja wina. Niczyja inna. Kiedyś szukałam winnych dookoła. Dzisiaj uważam, że jeśli coś mi nie wychodzi, mam tą siłę, by coś zmienić. I tylko ode mnie zależy, czy to wykorzystam. Jestem uparta. Wytrwale dążę do celu. Zawsze. Uważam, że jestem bohaterką. Swoją własną. 

Mam poczucie, że nic mnie nie złamie. Jeśli tym czymś nie będzie choroba lub śmierć moich dzieci, jestem na tyle silna, by znieść wszystko. Czasami mam gorsze chwile, mam ochotę jebnąć kwitami i wylogować się z życia. Ale później zbieram zabawki i myślę, że nie ma takiej mocy, która by ze mną zwyciężyła. W końcu od trzech lat pokonuję depre. Może być gorszy demon?

Staram się być dobra dla ludzi. Oczywiście ludzi, którzy nie robią mnie w chuja. Oddam nerkę najgorszemu wrogowi, staram się bronić słabszych. Nie oceniam z góry, zawsze ale to zawsze chcę poznać punkt widzenia drugiej strony, zanim wyrażę swoje zdanie. A i tego staram się nie robić.

Jestem trochę zbyt ufna. Niestety ludzie to wykorzystują. Bardzo angażuję się w znajomości, bliskim osobom uchyliłabym rąbek nieba.

Najpierw myślę o innych, później o sobie. Od pewnego czasu zaczęłam to zmieniać. Skupiłam się na własnych emocjach, na swojej wewnętrznej sile i potrzebach. Zapisałam się na jogę, zaczęłam czytać książki. Poświęcam czas na własne potrzeby tak, by nabrać siły dla innych. Nie robię już czegoś „pomimo wszystko”, bo inni mają wobec mnie jakieś wymagania czy oczekiwania.

Pogodziłam się ze sobą. Zaakceptowałam swoje słabości i zaczęłam przekuwać je w atuty. Polubiłam swój wygląd, a duży udział w tym miał Grzesiek. To on jest moim kręgosłupem, w chwilach słabości. Jest najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałam. Nigdy nie zostawił mnie w ciężkich chwilach, chociaż bywało bardzo źle. Wyciągał rękę jako pierwszy, często jedyny. Pozwalał spełniać marzenia i wspierał, nawet w tych najbardziej irracjonalnych. W każdym jego spojrzeniu i geście jest masa miłości. Jak mogę nie kochać siebie, skoro kocha mnie jeden z najcudowniejszych facetów na świecie?

Zaczęłam otaczać się tylko dobrymi ludźmi. Rozmawiam i przebywam tylko z takimi, którzy dobrze wpływają na moje samopoczucie. Odcięłam się od tych, których otacza zła energia. 

Doszukuję się w ludziach dobra, pomimo faktu, iż ostatnio bardzo przejechałam się na ludzkich intencjach. Kiedy już myślę, że straciłam wiarę w ludzkość, pojawia się mała iskierka, która mi tą wiarę przywraca.

Jestem fanką bycia wychowywaną przez dzieci. Serio! Uważam, że jeśli bralibyśmy z nich przykład, na naszym niebie wiecznie świeciłoby słońce, a w okół ludzkiego gówna latałyby motyle, nie muchy. Dzieci to najmądrzejsze i najczystsze osoby na świecie.

Zaczynam dzień od pozytywnych myśli. Nawet, jeśli budzi mnie potworny ból głowy a za oknem pogoda nie nastraja pozytywnie, uśmiecham się sama do siebie i mówię, że to będzie dobry dzień. Przestałam się przejmować pierdołami, skupiam się na tym, co wywołuje u mnie radość. Odganiam wszystkie złe myśli.

Uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny i każda chwila w naszym życiu to kolejne doświadczenie. Napotkani ludzie, przeżyte sytuacje wzmacniają mnie od wewnątrz.

Przestałam się przejmować opiniami innych, zwłaszcza tymi niepochlebnymi. Kiedy ktoś prawi mi komplement, mówię: „wiem”. Kiedy spotykam się z krytyką – przyjmuję ją i idę dalej. Zdanie innych osób nie powinno być czymś, co warunkuje mój byt.

Przestałam oczekiwać. Od innych, od siebie, od losu. Liczy się tylko tu i teraz. Nie wiem, czy jeśli wyjdę jutro na ulicę, nie pieprznie mnie samochód, więc cieszę się chwilą i doceniam każdy jej aspekt, nawet ten negatywny. Mówię sobie „Ok, stało się. Za chwilę będzie lepiej”. Uważam, że każda minuta życia przybliża mnie do wygranej. Staram się być bezinteresowna. Nie licytuję się, kto ma gorzej, kto ile dla kogo zrobił. Nie wypominam. I staram się trzymać z dala od osób, które uważają, że skoro robią coś dla mnie, ja powinnam się odwdzięczyć. Nie na tym polega miłość, czy przyjaźń. Nie na tym polega bezinteresowność.

Spoglądam w lustro i uśmiecham się do siebie. Mówię sobie sama komplementy. Nie zwracam uwagi na rzeczy, na które nie mam wpływu.

Lubię siebie. W ostatnim czasie polubiłam jeszcze bardziej. Mogę śmiało powiedzieć, że pomimo przeciwności losu i problemów jestem szczęśliwa. Uważam, że mój los jest tylko w moich rękach i albo się poddam, albo stawię mu czoła. 

Wierzę. O tak! Wierzę w siebie! Wierzę w dobrą energię, którą mam zamiar zarówno wykorzystywać, jak i dawać.


Mam do Was prośbę. Zastanówcie się, co w sobie lubicie. Nie tylko z wyglądu ale przede wszystkim z charakteru. Możecie wypisać swoje słabe i mocne cechy. I spoglądając na te słabe, zastanówcie się, czy to warunkuje Wasze samopoczucie? Czy jest aż tak istotne, by sprawiać, że czujecie się źle? Jeśli tak, w jaki sposób możecie to zmienić? Czy czujecie w sobie siłę, by stanąć na przeciwko swoich słabości i z nimi walczyć? Później spójrzcie na te dobre cechy i zacznijcie je jeszcze bardziej pielęgnować. Zacznijcie się skupiać na tym, co jest w Was dobre.

Bo w człowieku liczą się wartości. Każdy ma jakieś minusy, jakieś słabości. Ważne jest to, by lubić siebie i zacząć zmianę od własnej głowy, nie cudzej.

I koniecznie napiszcie mi w komentarzu, za co siebie lubicie!

5 Komentarzy/e
  • Barbarella

    Odpowiedz

    Za poczucie humoru 😛

  • Ania

    Odpowiedz

    Lubię siebie za mój uśmiech. Uśmiech do siebie w lustrze, mimo iż nie zawsze widzę ciało, które chciałabym tam zobaczyć. Uśmiech do innych, mimo że nie zawsze jest on odwzajemniony, czasem odrzucony. Uśmiech do świata, od którego dostałam po tyłku bardzo, a w który mimo wszystko nie zwątpiłam. Lubię swój uśmiech trochę niewinny, trochę naiwny, trochę mimo wszystko…

  • Ania

    Odpowiedz

    Lubię siebie za mój uśmiech. Uśmiech do siebie w lustrze, mimo iż nie zawsze widzę ciało, które chciałabym tam zobaczyć. Uśmiech do innych ludzi, mimo, że nie zawsze bywa odwzajemniony, czasem odrzucony. Uśmiech do świata, od którego dostałam po tyłku bardzo, a w który jednak nie zwątpiłam. Lubię swój uśmiech, trochę niewinny, trochę naiwny, trochę mimo wszystko…

  • Kasia

    Odpowiedz

    Za poczucie humoru, za bycie pomocna dla innych, staram się zawsze szukać w ludziach dobrych cech i na tym skupiac. Za czas dla rodziny, za sumienną pracę w ‚pracy’, za porządne wykonywanie swoich obowiązków, za łatwość nawiązywania kontaktów 🙂

  • Algusia

    Odpowiedz

    Lubię siebie za upartość w dążeniu do celu, za to że każdego dnia gdy los próbuje mnie przycisnąć do ziemi i kiedy wszyscy myślą że ja już nie dam rady-wstaje i w myślach ale z uśmiechem na ustach mówię „to patrz”…
    Po prostu lubię siebie mimo tych wszystkich „ale”…

Skomentuj