Macierzyństwo, dzień 1908

1747 Odczytano 0 Komentarzy

Macierzyństwo, dzień kolejny.

Z lewej strony starsza. Wczepiona w moje ramię, pochłania kolorowe piksele z pudełka naprzeciwko. Po prawej stronie młodsza. Odgarnia z czoła włosy wchodzące do oczu. Grzesiek namawia mnie, żebym obcięła jej grzywkę. Nie chcę. Walczę z gumkami, podpinam, plotę warkocze. Jeszcze chwila i zrównają się z resztą. Albo wymięknę i obetnę. Wolałabym nie.

A na środku łóżka ja. Jeśli położono by przed maturzystami obraz i kazano zinterpretować, albo nazwać, jak kto woli, byłby to obraz rozpaczy i porażki. Macierzyński nokaut. Leżę na glebie i nie mam nawet siły odstukać ręką swojej przegranej. Niech dusi i kopie. Poleżę, poczekam aż przestanie.

Przeglądam kolorowe zdjęcia na Instagramie. Pudrowy róż głaszcze mnie po twarzy, uśmiechnięte bobasy zerkają w stronę obiektywu. I podpisy, że jest cudownie i że kochają te bobasy nad życie.

Ja też kocham ale w tej chwili mam ochotę się wylogować. Po dniu, który przeczołgał mnie niesamowicie. Po nocy, która odbiła się workami pod moimi oczami. Nierówna walka. Staję do niej codziennie z uśmiechem na twarzy i nadzieją, że tym razem skończę na podium. Z reguły kończę. Ale bywają dni, kiedy przeglądam oferty biur podróży by wysłać się tam, gdzie zasięg sieci komórkowej zależy od kierunku wiatru i ułożenia liści palmowych. Bywają dni, że wyjście z domu jest jedyną opcją by nie pozbyć się w nerwach porcelanowej zastawy. Kiedyś chciałam kupić sobie worek treningowy. Szkoda pieniędzy na to, by skończył jako wióry po pierwszym wieczorze.

Leżę po środku tego całego mojego świata. Po lewej blond góry. Wysokie wzniesienia i strome uskoki, po których wędruję od pięciu lat. Zdarza się, że krzyczę. Drę ryja jak opętana a mój głos odbija się nic nie znaczącym echem w głowie małej dziewczynki.

Po prawej spokojny Ocean, wzburzany co jakiś czas przez śmiercionośne fale. I ja na tej tratewce, walcząca o przetrwanie. Łapiąca niespełna trzylatkę za rękę nawet wtedy, kiedy sama potrzebuję wypłynięcia na powierzchnię.

Zastanawiam się, w którym momencie dnia coś poszło nie tak. Która chwila stała się drogą w dół, ścieżką ku temu, jak się czuję teraz. Trochę mnie uwierają pod plecami krzyk i irytacja. Od stóp zalewa mnie wściekłość i zmęczenie. Chciałabym wziąć szpilkę i wcisnąć malutki guziczek z napisem „reset”. Albo wyłączyć system, chociaż na chwilę.

Blond głowa osuwa się na moje ramię, jakby zdawała się nie pamiętać o moim krzyku kilka chwil wcześniej. Jakby wymazała z głowy każdy wrzask i zabawkę wyrwaną siłą siostrze. I tą stłuczoną pokrywkę, której szczątki będę odkrywać pod meblami przez najbliższe trzy lata. A we mnie siedzi każda jej łza, każdy pisk i kopanie nogami. Każda chwila, którą przeklinałam w myślach, a nowo tworzone epitety zrodziłyby nowy słownik wyrazów powszechnie uważanych za niecenzuralne.

Trzyletni sztorm odwraca wzrok w moją stronę a kąciki ust rozświetlają się na tafli jej twarzy. Czuję jak mięśnie w mojej szczęce się rozluźniają, pierś przestaje łapczywie chwytać oddech. Ciężkie łzy spływają po spiętych policzkach, żłobiąc makijaż, drążąc dziurę w sercu. Odwzajemniam uśmiech.

-Kocham cię mamusiu. – Dziecięce słowa przedzierają się przez gęstą atmosferę, zbudowaną przez nas wspólnymi siłami. Maleńka rączka łapie moją dłoń a w brązowych oczach widać spokój i zmartwienie.

Ja też Cię kocham. Was kocham. Tylko czasami nie lubię. Czasami chcę uciec, wylogować się, zniknąć. Ale wrócę. Zawsze. Obiecuję.

0 Komentarzy/e

Skomentuj