O dziadkowym rozpieszczaniu i matkowym turlaniu z kąta w kąt.

529 Odczytano 4 komentarze

Bieżący weekend przeorał mnie totalnie, sprawił, że zbieram szczękę z poziomu porysowanych paneli w naszym salonie a pod powieki instaluję zapałki.

Byliśmy na weselu.

I o dziwo, to nie Hanisława nas przeturlała po kanonach wszechobecnego zadżumienia i niewyspania, gdyż rzeczona została jaskółczą metodą podrzucona dziadkom na noc. Pierwsza noc smarka poza domem bez znajomego zapachu resztek przeterminowanego mleka w piersiątkach matki, bez wesołego „Cześć piękna” Pana Taty, bez znanych na pamięć westchnięć, pociągnięć nosem i „Hania nie wolno” starych.
Hanisława towarzyszyła nam podczas uroczystości kościelnej i na początkowym, jeszcze trzeźwym etapie zabawy. O godzinie 19 zrobiła uroczyste „pa pa” prześlicznej pannie już nie młodej i zaginęła na zesłaniu, w objęciach babci i dziadka.

Dziadkowie świetnie poradzili sobie z opieką, informując mnie co chwilę esemesem o nowym, wartościowym osiągnięciu Hanki pt. „Zrobiła kupę”, „Zjadła całą zupę. Boże, ona żre jak stara!”, „Zasnęła”, „Śpi”, „Wciąż śpi”, etc.
Starzy wypląsali się za wszystkie czasy, rano robiłam okłady na poodparzane stopy, które po tatowych piruetach i walczykach, wyciągnięte z butów w celu regeneracji, ni chu chu nie chciały wleźć z powrotem gdzie ich miejsce.

Wszystko pięknie, fajnie, ale ja bez dziecka to jak bez cycków, nieswojo się czuję. Niby są, niby czuję, niby każdy mówi „wszystko okej” ale nikt ich nie widzi, co wiąże się z  dużym dyskomfortem psychicznym. Od początku założenie było takie, że nie turlamy młodej po weselu i idzie tylko na początek. Nauczeni wcześniejszym doświadczeniem, głośną muzyką i pijanymi ludźmi, postanowiliśmy się rozstać z dzieckiem na jedną noc, wybór z powodów dosyć oczywistych padł na Babcię D. i Dziadka Z., którzy to Hankę pod niebiosa wysławiają, i wiedzieliśmy, że przy nich dziecko nie zginie, ewentualnie możemy mieć problem z ustawianiem rozpieszczonej córki do pionu.

Noc przeżyłam całkiem względnie, już nie raz rozstawałam się z Hanisławą, objętą opieką Pana Taty na czas mojego potupania nóżką. Roztargnienie pojawiło się rano, gdy spanikowana wpadłam do dziecięcego pokoju a w głowie bimbała mi myśl „Jezusiu, dlaczego ona tak długo śpi?”. Później, do czasu wyjścia na poprawinową potupaję, sunęłam na opuszkach palców pod pokojem, coby nie zbudzić śpiącego dziecia. Co z tego, że dzieć rozwydrzał się w tym samym czasie u dziadków. Do godziny 13, czyli do momentu wyjścia na poprawiny, kręciłam się w kółko, nie wiedząc w co włożyć paluszki, trzydzieści tysięcy razy wydzwaniałam do dziadków po to, by usłyszeć, że młodzież właśnie je, biega za dziadkiem, ubzdryngoliła się po pachy, a tak w ogóle to nie ogarnia faktu mojej nieobecności i nie tęskni za mną nic a nic. Poprawiny również przeżyłam, co chwilę wodząc wzrokiem po zegarku, w celu weryfikacji godziny „A nuż to już, jedziemy po Hanisławę!” i wybijając stopą rytm polki aka zniecierpliwienia. Pomimo przedniej zabawy i zaaplikowanego klina na kaca, którego nie było pomimo solidnego zatankowania poprzedniej nocy, wskazówki zegara sunęły niechętnie, wydłużając czas oczekiwania na spotkanie z ukochaną. W pewnym momencie czułam się jak szczyl przed pierwszą randką, stojący pod murem i kręcący piruety czubkiem buta po chodniku, w oczekiwaniu na swoją miłość.

W rezultacie zmyliśmy się koło godziny 16, leciałam do dziadkowego punktu zbiórki jak na skrzydłach, jednocześnie niepocieszona faktem aktualnej drzemki Hanki. Zabodło trochę, gdy obudzona córka wyciągnęła ręce do babci, zamiast rodzicielki. Spoko córcia, pogadamy jak będziesz chciała naciągnąć mnie na kolejną krowę za złociszy pięćdziesiąt, albo przykleisz się pampersem do huśtawki na dobre 30 minut. Zarządzę wtedy odwrót do domu.

Jedno sobie uświadomiłam podczas weekendu bez Hanisławy, jestem od niej totalnie uzależniona. Niecierpliwie tupię nogą w oczekiwaniu na spotkanie, nie wiem w co włożyć ręce, czuję się totalnie skołowana. Nieprędko oddam Hankę na zsyłkę, już zachodzę w głowę, co zrobię za miesiąc, na kolejnym weselu, tym razem wyjazdowym. 500km, sic (!).

4 Komentarzy/e
  • ~Tez matka

    Odpowiedz

    My też wybraliśmy się w ten weekend na wesele. Córcia miesięcy 4 pól ślubu leżała sobie grzecznie w wózku sypiąc mi uśmiechy. Drugie pół przespała. Do życzeń szliśmy z podkówką na dopiero co śmiejącej sie buzi. A potem było juz tylko gorzej. Nim wsiedliśmy do samochodu była mega syrena. Ale taka ze tata z piskiem opon odwiózł nas do domu. Sam poszedł na chwile porobił zdjęcia i wrócił do nas…wesele genialnie sie udalo tyle ze bez nas. No cóż może innym razem 🙂

  • ~Kretucha

    Odpowiedz

    My naszego pierworodnego zostawiliśmy na dłużej niż na czas wyjścia do kina dopiero jak miał 1,5 roku. Też jechaliśmy na wesele przez pół Polski. Wyjazd rano powrót następnego dnia wieczorem. Przez większość wyjazdu napawaliśmy się ciszą (pomijając oczywiście gwar weselny) i nadrabialiśmy zaległości w pożyciu małżeńskim 😛 Jak miło było nie musieć sprawdzać co robi dziecko bo jest za cicho, zabraniać wchodzenia na parapet, kazać wypluć kolejny zakazany przedmiot itp… Oczywiście drugiego dnia tęsknota zwyciężyła – trzeba było kupić dziecku prezent z podróży, zadzwonić do babci żeby dała słuchawkę synowi, a droga do domu się strasznie dłużyła i odwlekała wyczekiwany uścisk. I podobnie jak Ty rozczarowałam się gdy dziecko mnie ujrzało, nieśmiało się uśmiechnęło i wróciło do zabawy 🙁 Oczywiście wcale mu nie przeszkadzało, że rodziców nie było tyle czasu. Ale taki już los matek 🙂

  • ~monika

    Odpowiedz

    Czytając Twoje wpisy czuję się, jakbym czytała o sobie:) Jakiś czas temu wybraliśmy się z mężem na imprezę zostawiając 6miesięcznego wówczas synka pod opieką dziadków. Przez cały czas trwania imprezy myślałam tylko o moim łobuzie, od którego chciałam uwolnić się choć na jeden dzień, a gdy to się udało, chciałam jak najszybciej wracać do Niego:)
    Pozdrawiam Wszystkie Mamy zakochane w Swoich Maluchach:)

  • ~kamila

    Odpowiedz

    Ja też zawsze ucieszona przed imprezą, że chwilę się odstresuję, że odchamie, ale jak tylko przychodzi do wyjścia z domu dziadków i zostawienia synka, sto razy zawracam. Potem ciągle myślę co tam, a jak wrócę do domu szybciej i sobie myślę, aa pośpię trochę, to budzę się co chwile hehe a rano po wywietrzeniu procentów z organizmu lecę ino prędko po dziecię, tudzież dzwonię „przywieźcie mi dziecko” . Taki nasz los:)

Skomentuj

Facebook