O końcu świata i moich planach kariery w zakonie.

8887 Odczytano 3 komentarze

Jestem, żyję i mam się dobrze. Jakby ktoś pytał.

Czasami bywają takie dni, kiedy wszystko pełza pod górkę. Kiedy normalni ludzie gotują obiady, wychowują dzieci i siedzą na toalecie, możecie być pewni, że ja właśnie zmywam drugą tubkę pasty z chujwiejeszczeczego w łazience, jestem spóźniona pół godziny na arcyważne spotkanie a któreś z pacholąt zachciało już na wyjściu kupę, czy mam kanapę w najnowszym kolorze tego sezonu- Sudocremie. Czasem zastanawiam się, za co Bozia mnie pokarała nieustanną życiową czeską komedią. Kiedyś chodziłam nawet do Kościoła, ba! Nawet przez dwa lata liceum miałam fazę na zostanie zakonnicą. I nie to, że nie wiedziałam, co zrobić ze swoim życiem bo opcji miałam sryliard. Od zostania panią w warzywniaku po prezesa wielkiej korporacji. Ja naprawdę czułam powołanie, rwało mnie wszystkimi komórkami w kierunku krzyża i mszalnego wina. Czujecie klimat Nieidealna i zakon? Zakonnica Nieidealna. Ja też już im współczuję. Łokurwa.

Kilka dni temu po raz pierwszy wybrałam się z #2 na basen. W końcu dziecko przestało brzmieć jak skrzyżowanie wiertarki udarowej z Trabantem, trzeba to uczcić. Upewniwszy się, że posiadam wszystkie niezbędne akcesoria, w składzie trzydzieści pieluch, słoik rosołu od mamy i krzesiwo, na wypadek ewentualnego Armageddonu, tudzież rzeczy potrzebnych do zostania koczownikiem roku, zapakowałam do samochodu dziecko i zajechana samą częścią organizacyjną, ruszyłam na basen.

I teraz wyobraźcie sobie taki obrazek. Piękny słoneczny poranek. Psie kupy oddają do atmosfery i na podeszwy buta wszystko, co przykrył śnieg. Miłość rośnie wokół nas, gimnazja wybiły na wiosenne fajki jak przydomowe szambo a ludzie zaczynają mieć odwieczny dylemat: „Założyć czapkę czy nie?”. Wychodzę z domu, pakuję mandżur do amerykańskiego auta, co się rymuje z „gówno wort”, słońce maluje piegi przez przednią szybę, muzyka porusza moją błonę bębenkową.

Jadę. Jadę. Jadę.

W trakcie jechania, w trakcie pieszczenia słońcem i basów wwiercających się głęboko w trzewia, Bozia zaczęła mieszać palcem gdzieś w sklepieniu niebieskim. Na dworze zrobiło się ciemno, łupnęło deszczem a wiatr zaczął spychać wszystko jak idzie i jedzie na pobocze. Minęłam pana w obcisłym kombinezonie i z pieluchą na pupie, próbującym utrzymać równowagę na jednośladzie. Gdyby nie fakt, że Ford był zapakowany jak na tygodniowy wyjazd, zabrałabym biedaka z ulicy, przytuliła do piersi i odwiozła pod sam dom. Pierwszy raz pomyślałam, że Ci od końca świata to nie jedynie banda pseudonaukowców handlujących schronami na wypadek Armageddonu, tylko się, cholera, buchnęli z datą.

W pewnym momencie jechania, na samym środku wielkiego niczego, oberwałam w szybę gałęzią wielkości psa z budą. Gdy tylko pozbierałam myśli do stanu zdatnego do dalszego naciskania pedału gazu i zmiany biegów, lekka niczym piórko cysterna, z lekkim umysłowo kierowcą zjechała na mój pas, spychając mnie na awaryjny. Rzygając wszystkimi mi znanymi inwektywami, we wszystkich znanych mi odmianach, z sercem gdzieś w okolicy tętnicy szyjnej, dojechałam na miejsce przeznaczenia.

Nadzieja na relaks z dzieckiem w jacuzzi pełnym brzuchatych górników spełzła w momencie, kiedy okazało się, że moja karta dostępu do szafki i wszystkich możliwych bramek, dobijała do końca swojej żywotności. Kiedy ja się siłowałam ze wszystkim jak leci, moje dziecko notorycznie dawało nogę do cudzych przebieralni. Na basenie zostałam ewidentnie blondynką roku, bo okazało się, że karta nie lubi tylko mnie.

I kiedy myślisz, że dzisiaj już nic nie może się zdarzyć bo limit Twojego pecha został wyczerpany na najbliższe sto trzydzieści lat, okazuje się, że Armageddon znokautował drewniany plac zabaw Hanki w ogrodzie. Huśtawka i zjeżdżalnia uwiesiły się na ogrodzeniu niczym bokser po przegranej walce i trwają w tej pozycji do dziś bo PT z potłuczonymi żebrami . Lodówka najwyraźniej również nie przeżyła ciągłych spadków napięcia i udała się za lodówkowy tęczowy most, podobnie jak prąd, który wziął się i poszedł w trakcie gotowania obiadu.

15 godzina proszę państwa a ja przeżyłam koniec świata. To był chyba mój szczęśliwy dzień.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BIERZCIE I JEDZCIE Z TEGO WSZYSCY. MOŻESZ ZATEM:

  1. Polubić lub/i zostawić komentarz tutaj lub na Fejsiku Nieidealnej.
  2. Polubić nasz profil na Facebooku.
  3. Zajrzeć do nas na Instagram.
  4. Puścić artykuł dalej w świat. 

* zdjęcie: https://www.flickr.com/

3 Komentarzy/e
  • Ilona

    Odpowiedz

    Haha takie ” cuda ” to tylko u Was 😀 trzymaj sie ciepło :* my też na etapie raczkuje – stoje daj mama ręce i zapierda*** 🙂 Wiec juz kręgosłupa nie mam ? i zdrowia dla PT :*

  • Belapzedstawia

    Odpowiedz

    Nieidealna jako siostra służebniczka

    „i gdzie mi po kościele leziesz!!!! Taaa dopiero podłogę umyłam a temu modlić się zachciało”

    Myślę że była byś równie sławną zakonnicą jak jesteś matką, ale były by plusy na basenie nie wiedzieli by że jesteś blondynką 😛

  • Acia

    Odpowiedz

    Tak mi przykro,ubawiłam się do łez a było mi to potrzebne dziś.

Skomentuj