Trochę feministyczny wpis o superbohaterach.

2 komentarze

Zastanawiam się od pewnego czasu – tak zupełnie poważnie – w którym momencie ludzkiego istnienia, ktoś nałożył kobietom na ramiona pelerynkę i nadał rolę bohaterki, przyszywając w tym samym czasie na piersi łatkę słabszej płci.

W którym momencie, ktoś położył na naszych barkach cały świat, chociaż wcale nie wyglądamy jak Atlas, mający mięśnie ze stali? A przy tym wszystkim umniejszył rolę kobiety do patriarchatu, którego wcale na świecie nie jest tak mało?

Tymczasem każdego dnia jakaś kobieta wstaje o piątej rano tylko dlatego, żeby wyszykować rodzinę do codzienności. Parzy sobie kawę, przegryza ją na wpół czerstwym rogalem. Układa starannie włosy, robi makijaż. A później budzi do życia resztę domowników, którzy za moment rozpierzchną się po szkołach i pracach. Nikt nie zastanawia się nad tym, co dzisiaj będzie robiła, kiedy zatrzasną się drzwi jej samochodu, pod jednym z Wrocławskich przedszkoli. Nikt nie myśli o projektach czekających na biurku, o brunchach z szefostwem i spotkaniach z klientami. Nikt nie przejmuje się supłem zawiązującym się w jej żołądku przed każdą przemową i uczuciem ulgi zaraz po.

Tymczasem każdego dnia jakaś kobieta zamyka kasę w jednym z supermarketów, a jedyną myślą krążącą jej wokół głowy jest „Co dzisiaj zrobię im na obiad?”. I że musi zdążyć odebrać dzieci przed szesnastą, żeby nie doliczyli dodatkowych godzin. Zastanawia się, jak pogodzić pracę z domem, w którym czeka ją dodatkowy etat. Albo raczej ten główny.

Tymczasem jakaś kobieta zaciska zęby, kiedy musi zostać w pracy kilka godzin dłużej. Którejś kobiecie koleboce się po głowie myśl, że znowu wróci do domu kiedy dzieci będą spały. Że spędzi z nimi niewiele czasu.

Tymczasem gdzieś na świecie rozpada się właśnie rodzina. Dorośli ludzie dobywają argumenty niczym najcięższy rodzaj broni i bodą w siebie nawzajem. A później nastaje cisza. Przerażająca, smutna i przygnębiająca. I wtedy nie ma czasu na łzy, na chwilę słabości. Z dwójki dorosłych, wspólnie dbających o domowe ognisko, zostaje jedno. Z tymi samymi obowiązkami każdego dnia i ze zmartwieniami, wzbogaconymi o jedno ramię mniej do wypłakania.

Tymczasem gdzieś na świecie jakaś kobieta robi dobrą minę do złej gry. Wrzuca w social media zdjęcie dzieci, okraszone słodkim opisem. A w jej głowie szaleje burza, biją pioruny. W jej głowie macierzyństwo wcale nie jest takie piękne, jak pokazują te wszystkie celebrytki – uśmiechające się z wyretuszowanych promieniami słońca zdjęć.

Och, w ogóle ta dobra mina do złej gry to temat rzeka. Rwąca, niebezpieczna. Z dnem kamienistym w jednym miejscu i piaszczystym w drugim. Z rwącym nurtem, albo takim zupełnie spokojnym…

Bo są kobiety, które każdego dnia, w momencie wyjścia z domu ubierają na twarz uśmiech. I za tymi drzwiami zostawiają nieuleczalnie chore dziecko. A to wyjście – powiedzmy do sklepu – to moment, który celebruje jak największe święto.
Są kobiety, które za zamkniętymi drzwiami zostawiają męża pijaka. I uśmiechają się do ludzi, chociaż wcale nie jest im do śmiechu. W środku, w ogromnym garze zmartwień kiszą strach, poczucie winy i bezradność. A na małym ogniu pyrka i dojrzewa wstyd.
Są kobiety, które właśnie odebrały druzgocącą diagnozę od lekarza. I mają tylko piętnaście minut na przeżycie osobistego dramatu, zanim wejdą do domu i ucałują ciepłe dziecięce czoło. Albo wejdą do sklepu i zrobią codzienne zakupy. Albo wrócą do pracy i pochylą się nad ważnym raportem.

Tymczasem każdego dnia jakaś kobieta wykonuje te same obowiązki co mężczyzna, mając świadomość, że na koniec miesiąca ta równość nie zostanie doceniona. Jakaś kobieta wyjdzie z pracy mając świadomość, że tego dnia nie położy się na kanapie, a na stole nie będzie czekał na nią parujący obiad. Jakaś kobieta nie wykąpie tego wieczoru dzieci, zmęczona obowiązkami dnia bieżącego. Z kolei inna usiądzie z synem do odrabiania zadań domowych, a później przepyta go na jutrzejszy sprawdzian.

Tymczasem każdego dnia jakaś kobieta pracuje ponad swoje siły tylko po to, by utrzymać dom, godnie zaopiekować się chorym mężem, lub zwyczajnie przeżyć do kolejnej wypłaty.

Tymczasem każdego dnia jakaś kobieta rezygnuje ze swoich planów i marzeń po to, by te plany i marzenia mógł realizować mężczyzna u jej boku.

Każdego dnia jakaś kobieta weryfikuje swoje plany, chcąc je pogodzić z byciem mamą, z dobrem rodziny. Jakaś kobieta traci pracę tylko dlatego, że jest w ciąży lub właśnie urodziła. Inna pisze wniosek o zapomogę, bo właśnie została samotną matką.

Jakaś kobieta właśnie wypchnęła na świat siłami natury cztery i pół kilograma człowieka. Jakaś kobieta dochodzi do siebie trzeci miesiąc po cesarce.

Jakaś kobieta chowa swoje dziecko. Nie ważne, czy żyło pięć miesięcy, czy było niedawno poczęte. Jakaś kobieta opłakuje stratę, chociaż nawet nie miała okazji poczuć pierwszych ruchów.

Jakaś kobieta właśnie zamknęła trumnę, pod której wiekiem spoczął cały jej świat. Plany, marzenia. Szczęście i zmartwienia. Być może pod postacią dziecka, męża, przyjaciółki, matki lub ojca.

Jakaś kobieta płacze wieczorem, w poczuciu beznadziei sytuacji. Inna ze smutku, niespełnionej miłości. A jeszcze inna zamyka oczy marząc, by mogła oprzeć głowę o silne ramię i zdjąć na chwilę pelerynkę superbohaterki.

Być może to właśnie Ty zawieziesz dzisiaj córkę na balet, a syna na piłkę nożną. Być może to właśnie Ty zrezygnujesz ze swoich planów, lub postarasz się wygospodarować dla siebie chociaż piętnaście minut tego dnia. Być może zdasz sobie sprawę, że w zeszłym roku, z braku czasu nie przeczytałaś żadnej książki. Lub chodzisz do pracy, chociaż wcale jej nie lubisz. Albo czujesz się po prostu niedoceniona. Niespełniona. Niedopełniona.

Być może to właśnie Ciebie bolą dzisiaj ramiona od dźwigania całego świata.

2 Komentarzy/e
  • Ania

    Odpowiedz

    Dziękuję za ten wpis… Taki prawdziwy o prawdziwym zyciu. Tego dzis potrzebowałam. To właśnie ja marzę o tym, aby zdjąć na moment tę cholerną pelerynkę…Pozdrawiam ciepło. Uwielbiam Twoje wpisy.

  • Małgorzata

    Odpowiedz

    Cholera Nieidealna, jak dziś bardzo i twój wpis♥️. Dziś miałyśmy intensywny dzień w szpitalu, nasza koleżanka, śmiem powiedzieć przyjaciółka nie ogarnęła dnia. Jak zwykle te „przychylne” wytknęły. Ale prawda jest taka, że to jej trzeci koniec świata ?. Co roku 21 luty to jej koniec. Tak bardzo mi jej żal, ale nic innego nie mogę zrobić tylko uścisnąć najmocniej jak umiem?

Skomentuj

error: Content is protected !!