Trzy głębokie wdechy pozwalają mi czasami nie wyskoczyć z okna macierzyństwa.

802 Odczytano 1 Komentarz

Trzy głębokie wdechy pozwalają mi czasami nie wyskoczyć z okna macierzyństwa.

Ostatnie dni przeorały mnie w robocie tak, że jak by ktoś położył mnie na żużlu twarzą do ziemi i ciągnął za kopyto, to ja bym go cholera, wyniosła pod niebiosa, za możliwość wypoziomowania się i wkomponowania mojego kręgosłupa w podłoże. 

Przez te dni ułatwiam sobie życie, jedząc na przykład gotowe dania z plastiku, przez co moje wewnętrzne eko ludki dłubią swoimi osikowymi kołkami w moim sumieniu. W sensie, że zabijam planetę, lasy płoną, Matka Ziemia płacze kwaśnymi łzami, bo Natalka żre z plastików. W całym tym plastikowym fetorze, na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że nadal nie jem mięsa. Swoją drogą, czy Wy wiecie, że rzucić mięso jest trudniej niż rzucić wieczorne wino na uspokojenie skołatanych nerwów, po całym dniu rodzicielskiej orki? Boże, jak mnie się ręce trzęsą do tych kabanosów, które machają mięsnymi końcówkami przed moim nosem, za każdym razem, kiedy otwieram lodówkę. Ostatnio na przykład, kiedy jechaliśmy samochodem, trzymałam w ręce całą paczkę wieprzowych i podawałam Nadii po jednej sztuce. Wyglądałam przy tym, jakbym ząbkowała, gdyż kabanosy bezlitośnie merdały po moich zmysłach, powodując przy tym niekontrolowany upływ śliny. Kto otwierał paczkę Tarczyńskich, ten zna unoszący się w powietrzu zapach tablicy Mendelejewa. I jak kiedyś świeżo otwarte kabanosy śmierdziały mi znoszonymi skarpetami, tak dziś, gdyby jakiś Chanel wymyślił woń kiełbaski w sprayu, to ja bym była jednym wielkim chodzącym kabanosem. Niestety, ubiegły weekend obfitował w imprezy, które z ochroną zwierząt nie mają nic wspólnego, stąd też moje wewnętrzne ego płakało do świnek i kurek leżących na stole. Przy tym wszystkim należą mi się (NALEŻĄ!!!) słowa uznania, gdyż nawet w stanie niesubordynacji umysłowej, czynionej pod wpływem napojów wysokoprocentowych, nie zabiłam mojego postanowienia i jadłam marchewkę.

Wracając do sedna, mając nadzieję na piętnaście minut spokoju wieczorem i chwilową separację od komputera, którego anatomię znam już lepiej niż imiona własnych dzieci, a po trzech dniach klawisze wytarły się do poziomu procesora, włożyłam dziewczynki do wanny, wrzuciłam trzy kilogramy zabawek i udałam się na zasłużony turbo odpoczynek. W tym czasie chciałam posprzątać kuchnię, wysikać się pierwszy raz od trzech dni i zjeść coś, co ma termin przydatności krótszy niż rok 2035. Taki odpoczynek psychiczny od terminów, zleceń, zamówień i maili, wysypujących się ze wszystkich elektronicznych urządzeń.

Zapomniałam przy tym wszystkim, że dzieci mają szósty zmysł albo sensor, zamontowany zazwyczaj na naszym tyłku i wyczuwają moment, kiedy rodzic siada. Alarm zapiał już w pierwszej sekundzie, kiedy przykleiłam pośladki do krzesła i nabrałam powietrza do płuc. Zanim powietrze wypuściłam, usłyszałam coś na kształt łupnięcia meteorytu o kibel, w łazience na piętrze. Albo to był wazon rozłupujący się o moją głowę, nie wiem. Wolałabym to drugie, zważając na fakt, że przy rozdzielaniu dwóch kilkulatek, szycie łba na SORze było jak wakacje na Bali, nawet jeśli tylko pięciominutowe. Kto rozdzielał małoletnie rodzeństwo, które wyrywa sobie z rąk samochodzik z Kinder Jajka wie, że dużo przyjemniej jest wskoczyć do klatki z tygrysem, z przypiętym do zadniej części ciała, ociekającym krwią stekiem. No bo tak. Wchodzisz do pomieszczenia i nie wiesz od czego zacząć. Ja zazwyczaj siadam i czekam, aż poleje się krew albo dzieci stwierdzą, że to nie ma sensu, bo im zeżrę cały popcorn. Czasami jednak są sytuacje, że trzeba zainterweniować, bo na przykład jedna wyrywa drugiej włosy, wbija zęby w tętnicę szyjną albo rzuca łaciną podwórkową, nazywając siostrę rozdeptaną purchawką. Niestety, jeszcze nikt nie zalegalizował możliwości używania paralizatorów lub strzelby z usypiającym zastrzykiem. Kiedy na przykład ostatnio zapytałam Grześka, czy wezmą młodszą do okna życia to stwierdził, że szkoda podrzucać zakonnicom szatana.

W każdym razie, wypuściłam powietrze tak cicho jak się tylko dało, nasłuchując czy któreś z dzieci wezwie pomoc, dając do zrozumienia, że zostało właśnie jedynakiem. Po chwili okazało się, że obie żyją, krew się nie leje, a odgłosy dochodzące z łazienki da się zamaskować pełną głośnością ramówki TVN-u. 

Z daleka w sumie, to może wyglądać jak patologia i sprawa podlegająca pod MOPS. Dobrze, że mieszkamy w domu jednorodzinnym na totalnym zadupiu, gdzie psy szczekają dupami, a od najbliższych sąsiadów odgradza nas dodatkowa izolacja cieplna i kilka działek budowlanych. Ktoś, kto budował nasz dom, znał się na rzeczy. Wystarczy sobie wyobrazić taki obrazek: wieczór, w łazience na piętrze wrestling trzy i sześciolatki, łącznie z podtopieniami i wkładaniem szczoteczki do zębów w… no wiecie, a mama siedzi na dole, pogłaśnia telewizor i udaje, że odgłosy na górze to walka Obcego z Predatorem, dobiegająca z telewizorni. 

Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Te piętnaście minut, kiedy zatkałam uszy i stwierdziłam, że „A niech się kuźwa pozabijają”, trzy głębokie wdechy i emocje wyładowane naczyniami w zmywarce, pozwoliły mi schować mój wewnętrzny paralizator i wejść do łazienki z uśmiechem na twarzy. I z mopem oczywiście. 


*Pamiętaj, że najlepszą zapłatą dla autora jest Twoja reakcja, która bez wątpienia da mi kopa do dalszej pracy <3
*Będę wdzięczna, jeśli dasz mi o tym znać tutaj na blogu lub na Facebooku (
klik), łapką w górę, komentarzem lub udostępnieniem postu.
*Możesz odwiedzić nasz profil na Instagramie 
(klik).

1 Komentarzy/e
  • Edyta

    Odpowiedz

    Jesteś boska

Skomentuj