Uważaj komu pomagasz.

3258 Odczytano 5 komentarzy

Nie wiem czy to jest dobry czas żeby o tym pisać. W końcu do Świąt pozostało zbyt mało dni by przejmować się złem tego świata a uniesieni atmosferą kolorowych światełek i wyciskających łzy reklam, często idziemy z pomocną dłonią do tych, którzy mają mniej i mają gorzej. Ja lubię pomagać. To część mojej natury, takiej trochę próżnej. Pomagam by budować własne ego. A do jego budowania wiele mi nie trzeba, kilka ludzkich uśmiechów, uścisk dziecięcych ramion. Pomagam bo ludzki uśmiech i dobre słowo ładuje moje wewnętrzne baterie, czardżują mój nastrój na wiele dni. 

Nie bez powodu już trzeci rok z rzędu pod moją choinką ląduje potwierdzenie przelewu, zawinięte czerwoną wstążką. Bo od trzech lat z Grześkiem zamiast ładować pieniądze w przedmioty, na których za chwilę zbierze się kurz albo centymetry nudy, w ramach prezentów pod choinkę wpłacamy pieniądze na wybierane przez siebie fundacje. 

Ale dziś o wyobrażeniach kontra rzeczywistość. Krótka historia o pomaganiu.

Nie mam absolutnie nic do ludzi, którzy pomagają, ja sama to robię i nie mam zamiaru przestać. Jednak są historie, przy których traci się wiarę w sens takich akcji. 

Ten post ma na celu ostrzeżenie Was przed jedną rzeczą.

Rok temu razem z przyjaciółką zorganizowałam zbiórkę dla potrzebujących. Tuż przed Świętami, w końcu podniosła atmosfera, w końcu komuś może być miło i w końcu, nie ma lepszego prezentu w tym okresie niż uśmiech drugiego człowieka. Taka nam przyświecała idea. 

Ona ma dobre serce i pracowite dłonie, ja źródła dotarcia do mas ludzi i busa wielkości centrum handlowego. Zrobiłam rozeznanie w terenie, obdzwoniłam domy dziecka i inne placówki, które mogłyby potrzebować pomocy. Część domów dziecka pomocy odmówiło, tłumacząc się wewnętrznymi przepisami, część pomoc już otrzymało. Zostało kilka placówek, z których jedna szczególnie wyrażała chęć otrzymania pomocnej dłoni. 

–Zazwyczaj ludzie poruszeni historią dzieci, ruszają z paczkami w kierunku domów małego dziecka. Cieszę się, że pani do nas zadzwoniła bo nam ludzie niechętnie pomocy udzielają a potrzeby mamy naprawdę spore. – Powiedział głos po drugiej stronie słuchawki. 

Głos też poinformował, jakie są ilości dzieci i dorosłych w placówce, jakie są potrzeby i realia tam panujące. Po miesiącu zbiórki, ogłaszanej hucznie w internecie, mój garaż przypominał magazyn marketu. Z każdą przychodzącą paczką, a wysyłaliście ich naprawdę sporo, robiło mi się ciepło na sercu. Przychodziły do nas wózki, przychodziły zabawki, środki czystości i słodycze. Przychodziły ciuchy dla dzieci i kobiet. Przychodziło wszystko, co potrzebowała placówka. 

W końcu, kilka dni przed Świętami, zapakowałyśmy mojego busa pod dach i z uśmiechem, chociaż upocone jak psy ruszyłyśmy w kierunku domu samotnej matki. Niesione na haju endorfin czerpanych z ludzkiej dobroci, wylądowałyśmy pod obskurną placówką. Poważnie. Wysiadłyśmy z auta i głos ugrzęzł nam pomiędzy obdrapaną cegłą a studzienką kanalizacyjną, którą trzeba było przeskoczyć żeby dostać się do środka. Ewentualnie można było przejść po kawałku dykty, która miała zapewnić bezpieczeństwo odwiedzających jedynie na słowo honoru. Trzy kartony później pękła. 

W środku wcale nie było lepiej. Warunki dla dzieci dramatyczne. Same dzieci nie były zadbane. Budynek wyglądał jakby ktoś go wyciął ze środka koszmaru i postawił w małym mieście. Kłębiła się w nas mieszanka przygnębienia i radości, że chociaż trochę umilimy im ten czas. 

Dziewczyny zaprowadziły nas do pokoju, gdzie mogłyśmy pozanosić rzeczy. Nosiłyśmy kartony z ciuchami, wózki, przewijaki i wanienki. Wiele rzeczy było nowych, część używanych. Wszystkie w dobrym stanie, wszystkie posegregowane i poprane. Te dla dzieci popakowane w ozdobny papier, żeby można od razu było je podłożyć pod choinkę. 

Zaniosłyśmy rzeczy, potwierdziłyśmy, że to już wszystko i… Nic się nie wydarzyło. Nie mówię tu o magii, nie mówię o obsypaniu nas pyłem z rogu jednorożca czy fanfarach odgrywanych z podniszczonych głośników zamontowanych w ogromnym salonie. Mówię o zwykłym dziękuję. 

Zostałyśmy delikatnie wyproszone za drzwi. 

Stanęłyśmy przed placówką i zaczęłyśmy tłumaczyć dziewczyny, że pewnie są zakłopotane, że sytuacja niezręczna, chociaż wcześniej omówiona i ustalona. Że pewnie nie wiedziały co powiedzieć, że nic się nie stało, że i tak fajnie bo pomogłyśmy. Że szkoda ich bo muszą mieszkać w takich warunkach, że może by tak zabrać którąś na Święta do siebie…

Ale pozostał niedosyt. Brakowało nam tego uśmiechu, ludzkiej radości. Wiecie o co chodzi? Dajesz komuś kawałek siebie. Kawałek swojego życia, czasu, sił i energii. Kombinujesz, lawirujesz organizacyjnie i w tym ostatnim ważnym momencie czekasz na ten błysk w oku, cień uśmiechu, chwilowe uczucie ulgi. 

Nic. 

Być może jednak oczekiwałam za dużo. Być może w tej sytuacji nie powinnam była oczekiwać niczego.

I wbrew pozorom nie to było powodem mojego postu dzisiaj. Puenta jest tutaj zupełnie inna. 

Część z tych rzeczy, w tym wózek po Hani, który rzekomo dziewczyny potrzebowały, został sprzedany chwilę później na Facebooku. 

I to już zabolało. 

Rozmawiałam później z dziewczynami, które stwierdziły, że osoby mieszkające w tej placówce zrobiły taką rzecz nie pierwszy raz. Dostają rzeczy a później sprzedają je żeby mieć na fajki. 

Lubię pomagać. Błąd. Potrzebuję pomagać. I pomagać będę. Nie wiem czy dalej w takiej formie a jeśli tak to raczej placówkom, które prowadzą ewidencje darów. Wy też zwracajcie uwagę na to, komu pomagacie i w jaki sposób jest to rozliczane. Bo to ważne. 

5 Komentarzy/e
  • Iza

    Odpowiedz

    W moim małym mieście jest to nagminne…. Dobrzy ludzie ogłaszają na FB, że oddadzą coś potrzebującym. Często są to rzeczy dla dzieci. Zgłaszają się „potrzebujący”, którzy później sprzedają.te rzeczy na olx. Bardzo to przykre.

  • Michalina

    Odpowiedz

    O fuck mnie również by zabolało …. To nie fajne , przykre bardzo ..

  • Merczi

    Odpowiedz

    2 lata temu że znajomymi z firmy zrobiliśmy zbiórkę pieniędzy dla dzieci z domów dziecka. Tylko zamiast prezentów zabraliśmy je na cały dzień na wycieczkę. Każde miało swoją Ciocie lub wujka. Wieczorem plakalismy jak bobry. Pani dyrektor powiedziała że jesteśmy pierwsza firma, która dała tym dzieciakom coś bezcennego-czas! Zabawki juz maja 🙂 Polecam Wam gorąco:) Tego nikt nie wrzuci na olx 🙂

  • Anna

    Odpowiedz

    A jesteś w stanie napisać jak weryfikować takie placówki, co, gdzie sprawdzać? My bardzo dużo pomagamy, ale nigdy nie przypuszczałam, że takie rzeczy mogą się dziać. Wolałabym jednak pomagać tym, którzy naprawdę potrzebują i nie marnują mojego i moich dzieci czasu na to, by później to sprzedać. Domyślam się, że to pewnie pojedyncze przypadki, ale jednak.

  • daria

    Odpowiedz

    Piękna tradycja z tymi przelewami na fundacje

Skomentuj