Krótki wpis z placu boju.

585 Odczytano 8 komentarzy

Po wielu miesiącach poszukiwań, po kilku miłosnych zawodach bo coś, co w ofercie i na zdjęciach wprawiało w nas palpitację prawego przedsionka, w rzeczywistości kwalifikowało się jedynie do rozbiórki a już na pewno do skierowania właściciela na badania psychiatryczne czy przypadkiem był w pełni zmysłów gdy trzepotał zerami przy podawaniu ceny, znaleźliśmy idealny dom. Później absurdów było jeszcze więcej, przygoda z bankami zakrawająca na miano marnego czeskiego horroru z „masakrą” w tytule, coś w guście „Bankowa masakra papierem toaletowym”. Rzecz trwała przez blisko dwa miesiące. Dwa miesiące niepewności czy przypadkiem hajs ciułany grosz do grosza i wpłacony w ramach zadatku nie pomacha nam na do widzenia razem z wizją kredytu na pirdyliard lat i dwa miseiące biegania na każde telefoniczne wezwanie na dywanik bankowego pośrednika, żeby zweryfikować sposób podpisywania, uśmiechania się, tudzież pierdzenia.

Anyway, wszystko już za nami i się wprowadzamy. Lub raczej przed nami BO się wprowadzamy.
Ludu, co tu się dzieje! Aktualnie nadaję z placu boju aka „wielka rozjebunda”. Na początku jest całkiem fajnie. Otwierasz szafeczkę, ruchem zgarniającym traktujesz wszystko nokautem na podłogę i gmerasz.
– To do śmieci, to idzie z nami, to do śmieci… Oooo! Popatrz PT a w tym chodziłam w trzeciej klasie gimbazjum (tak, ja z tych).- U mnie jest jeszcze całkiem lajtowo bo lat w porównaniu do poślubionego mam niewiele i w odróżnieniu od niego nie cierpię na manię zbieractwa. Jako, że dom urządzony jest w guście minimalistycznym, zarządziłam wyrzucenie wszystkiego co nie nadaje się do upublicznienia. Czyli na przykład mężowe koszule z czasów gdy dinozaury machały ogonami swoim homo sapiens na przywitanie. Pan Tata nie do końca zadowolony, twierdzi, że większość rzeczy ma wartość. Niestety nie przyjmuje do wiadomości faktu, że wartość opiera się jedynie na sentymentach.

Po wstępnej selekcji i wyrywaniu sobie części klamotów bo stroik z czasów jego liceum, nieco porośnięty mchem i machający ożywioną w niewyjaśnionych okolicznościach ręką na przywitanie gdy tylko otworzyliśmy szafkę pt. „nie otwierać, ryzyko utraty zdrowia lub życia) na pewno nie będzie pasował do samo robiącego kawę czajnika, wyśpiewującego przy okazji nutę „Aqua” (rocznik ’88 pamięta). Każdy na pewno ma taką szafkę. Dostajesz od cioci na urodziny prezent, który od momentu odpakowania atakuje cię kiczem rodem z chińskiego bazaru? Uchylasz zakazaną szafkę tak, by nie zarobić równie tandetną miską czyhającą w gotowości na twój błąd i żegnasz się z badziewiem do następnego. Przeprowadzki są o tyle fajne, że z premedytacją można otworzyć taki mebel na oścież i wypuścić całą hołotę na podłogę a później tylko zbierać okruchy. „Ciociu, przykro mi, zbiło się przy przeprowadzce”. Life is brutal.

Znaleźliśmy stary pamiętnik PT o wdzięcznej nazwie „Kalendarz szalonego małolata”. Nie wiem co jest bardziej żenujące, opisy redakcji utwierdzające mnie w przekonaniu, że to chude lata były a większość tamtejszych standardów podchodziłoby aktualnie pod paragraf czy fakt, że przez trzy godziny płakałam na przemian ze śmiechu i z żalu, czytając miłosne wspomnienia męża sprzed dwudziestu lat. Jedno jest pewne, cieszę się, że poznałam go w tym czasie gdy fryzura na grzybka przestała być obowiązującym trendem a firmy modowe produkują koszule w wersji slim zamiast tych powiewających na plecach niczym płachta na panienki, mieszczących naraz dwie niezależne osoby. To chyba taki sposób na podryw, którego nie jestem w stanie pojąć.

Nagle okazuje się, że za kanapą żyje kawałek jabłka skitrany przez Hanisławę na czarną godzinę trzy miesiące temu. Jabłko na etapie rozwoju kończyn urządziło sobie za meblem całkiem przyzwoite lokum a na nasz widok po prostu ukłoniło się i zapierdziało w rurę, rozwijając całkiem przyzwoitą prędkość podczas ucieczki. Istnieje jeszcze szansa, że któryś z moich inteligentnych szczurów je tam zatachał, po czym zabawił się w doktora Frankensteina z całkiem niezłym rezultatem i zapomniał.

Później zaczynają pojawiać się kartony. Jako, że trzeba spakować w nie kilkuletni dorobek, na kilka dni pożegnaliśmy się z wyjściem na balkon i dostępem do lodówki, do łóżka dostajemy się trójskokiem. Jedyna nietknięta rzecz to gniazdko na wlocik do laptopa, żeby jeszcze jakiś dostęp do rzeczywistości mieć. Jeśli trzeba coś znaleźć, ciągniemy losy i życzymy sobie powodzenia, trzymając palec na zielonym przycisku telefonu komórkowego, wywołującego numer pogotowia. Rozjebunda konkretna, siadasz na kanapie a tam na „Raz, dwa, trzy, Chryste Panie!” widelec pieści twój pośladek. Idziesz w nocy do drącego puchę dziecka uprawiając istny parkour i tak kończąc w rezultacie stopą na samotnym klocku Lego, modląc się w myślach, żeby tylko młoda nie zachciała jeść. Trzecia w nocy a ty rozbudzona i spocona jak foka skaczesz pomiędzy „qwa-wieczorem-to-tu-nie-stało”, wytężając w ciemności wzrok, coby bezpiecznie dotrzeć do miejsca spoczynku. Komediodramat panie. Pocieszające jest to, że my przenosimy się do większego, serdecznie współczuję byłym właścicielom opuszczającym nasz piękny dom.

Przed nami jeszcze długa droga, rzygam na samą myśl o rozpakowywaniu tych wszystkich klamotów. Część kartonów opiszę „Na strych, „Zdecydowanie na strych” i „Rozpałka do grilla”. Teraz widzę, że myśląc, iż uda nam się popełnić przeprowadzkę w trzy dni byłam nietrzeźwa rozumu i potrwa to trochę dłużej niż ustawa przewidywała. w ramach odmóżdżenia wędrujemy ostatnie dni osiedlowymi uliczkami, wspominając z sentymentem dziury urywające koło w wózku (nie pytajcie…) i rozwalające kolana pierworodnej nie ogarniającej jeszcze konieczności omijania ulicznych wertepów.

Żegnaj Orzeszkowej.

matka-nie-idealna

matka-nie-idealna

matka-nie-idealna

matka-nie-idealna

matka-nie-idealna

8 Komentarzy/e
  • pati_b

    Odpowiedz

    Uch, cierpliwości, wytrwałości i podręcznego pół litra na chwile przeprowadzkowego załamania – wiem co mówię, bo my na podobnym etapie jesteśmy i powoli zaczynam się bać, że skończę żywot podobnie jak serialowa Hanka, gdzieś pod stertą złowrogich kartonów.

  • ania

    Odpowiedz

    Wspolczuje…no wspolczuje 😉 przerabialam to 2 miesiace temu;) bez dziecka, za to w pierwszym trymestrze;) haft-pakowanko-haft 😉 dobrze, ze mama przyjechala na ratunek;))

  • Anka

    Odpowiedz

    Uwielbiam! Uśmiałam się do łez! Świetnie napisane, czytam Cię już długo i mam mocne postanowienie przeczytać Twój blog od samiutkiego początku 🙂

  • KingaL

    Odpowiedz

    a my tez tak niedlugo, (z2 latkiem i tym w brzuszku, ktory pojawi sie za chwile) niedlugo bo budujemy, wroc, konczymy pozwolenia…… piekny ten kraj. Zycze powodzenia i duuzo cierpliwosci 🙂

    A mozemy zobaczyc choc kawalek tego domku?

  • Calioppe

    Odpowiedz

    3 dni… hahahahahhahh hahhahaaaa uuuuhahahahahaha hrrrr hrrr hrrr! My pod koniec 2014 opuszczaliśmy dom rodzinny U. w Bawarii. 2 piętra + poddasze. Byłoby spoko gdyby nie tesciowa która ma pierdyliard świeczników, świeczek, karteczek, figurek, dziwnych przedmiotów, wpół rozczłonkowanych sprzętów (ale każde z osobna jeszcze sie może kiedyś do czegoś przydać) 6 pudeł kaset magnetofonowych (bo przecież bedzie słuchać) miliardy ubrań (no to co że to za małe a to za duże, można przecież zanieść do krawcowej) ramek, zdjęć, albumów, książek, czasopism, niemieckiego odpowiednika gościa niedzielnego (trzyma każdy numer bo jak kiedyś ksiądz zacznie kłamać i powie że coś tam było inaczej to ona wytarga stosowny numer i pokaże!), pudełeczek, podkładeczek, pojemniczków, jednorazowych reklamówek i kilka butelek świętej wody z Lichenia (potem wyszło że z Lichenia to akurat nie ma a więc istnieje groźba uzupełnienia zapasów). Całość tylko jej rzeczy zajeła 60 pudeł, (tych co sie w pudłach miesciły) i twierdziła że wszystko sie jak najbardziej zmieści w jej nowym 50 metrowym mieszkaniu. 60 pudeł przeprowadzkowych. Na 50 metrach. Wiele sie nie pomyliła, drzwi sie dało zamknąć… A po paru miesiącach wyszło że musi sie do nas przenieść bo już nie daje rady. Drzwi do naszej piwnicy też sie dało zamknąć ale na dniach zamawiamy kontener i wywalamy zdecydowaną większość z tego. 2 kontenery… nie, lepiej trzy… Przeprowadzka z Bawarii trwała 3 miesiące 😀 Z naszego mniejszego mieszkania, jakiś tydzien, ale my z U. nie jesteśmy zbieraczami i główna robota była z meblami. No i dziecia nie mamy. Siły życzę i wytrwałości, choc macie ten plus że zamiast mojej teściowej macie Hanisławę (jej można wybaczyć wyciaganie z pudeł spakowanych rzeczy, teściowej już nieszczególnie)

  • ita88

    Odpowiedz

    Ostatnimi czasy mój podpatruje kiedy Cię czytam i czyta zza mojego ramienia 😉
    Pętlę na szyję zakładaliśmy sobie prawie 4 miesiące zanim się udało.
    Przeprowadzka 3 miesiące temu. Pakowanie miało zająć trzy dni. Zajęło tydzień. Ogarnięcie wszystkiego w nowym domu, przeszło miesiąc.
    Dziecko jedno 7 miesięczne teraz, przez bity miesiąc walczyło z nami o każdą chwilę uwagi.
    Porządki o 23 czy 1 w nocy stały się normą. Opłaciło się jednak. Przestrzeń, ogród, miejsce dla psa 🙂

  • betti

    Odpowiedz

    heh… ja od tygodnia próbuję się rozpakowac… wierzcie mi, pod koniec 7 miesiąca ciąży brzuch zdecydowanie tego nie ułatwia. A sama przeprowadzka… pot leje się po dupie po dwukrotnym pokonaniu schodów, a tu trzeba przenieśc wszystko z mieszkania na piętrze do przytulnego gniazdka na poddaszu. Gdybym wiedziała, że ta przeprowadzka nastąpi, nie kompletowałabym jak głupia zawczasu wyprawki dla mojego łobuza…

Skomentuj