Na niby.

2222 Odczytano 4 komentarze

Szoruję delikatnie palcem po ekranie telefonu.

Dotykam zdjęć, czytam historie i komentarze. Ludzie są na wyciągnięcie ręki. Przecież wszystkich ich znam od wielu miesięcy. Wiem kim są, gdzie pracują. Znam wystrój ich wnętrz, rozkład obrazów na białych ścianach domu. Wiem, że dzisiaj są smutni a wczoraj zjedli dobry obiad we Wrocławiu. I co na ten obiad było.

Wiem też, że ta dziewczyna z drugiego końca Polski ubiera swoje dziecko w body za 160 złotych sztuka. I że dziecko ma biały pokoik. Nieskazitelny. Zawsze.

Z nagrywanych relacji znam ton jej głosu. Wiem, że prawa powieka lekko jej opada a gdy nabiera powietrza, zasysa jej dziurki w nosie. Wiem jaką lubi muzykę i że w czerwcu była na Zakyntos. Wiem w jakim hotelu, w jakiej spała pościeli i że jej brzuch idealnie prezentuje się na zdjęciach w stroju sponsorowanym z Calzedonii. Co prawda na jednej z relacji wydawało mi się, że znacznie przytyła ale to pewnie ta jakość wszystko spieprzyła. Przecież nie oszukałaby osiemdziesięciu tysięcy fanów.

Ogarniam wzrokiem pluszowe Kilimandżaro na środku salonu i porównuję z polubionymi przez tysiące obserwatorów obrazkami. Odgarniam stopą dziecięce majtki przeterminowane o trzy dni, zdrapuję ze stołu zaschniętą plamę po dżemie. Dżem był wczoraj. Albo przed, już nie pamiętam. Wrzucam łyżeczkę do przepełnionego zlewu. Muszę ustawić się tak, żeby nie złapać tego syfu w kuchni.

Wystukuję w sms-ie „Kup proszę jakieś kwiatki. Białe eustomy albo tulipany. Mogą być z Lidla”. Po chwili dodaję „Weź od razu trzy bukiety”. Parzę kawę, wyjątkowo ze spienionym mlekiem. Zazwyczaj mleko dolewam na szybko lub pienię je bezpośrednio w kubku. Dziś tworzę idealnie zbitą piankę w dzbanuszku, po czym wlewam ją do szklanki tak, by nie ubrudzić krawędzi naczynia. Robię tosty z szynką i serem. Nie mam chleba tostowego więc robię ze zwykłego. Jezu, przecież nie pokażę tego światu. Połykam tosty a z chleba wycinam idealne kwadraty.

On rzuca od progu, że białych kwiatków nie było. Łapie za tosta.

– Zostaw, to do zdjęcia. Ty masz kanapki z szynką w lodówce.

Odchodzi.

Przycinam mięsiste łodygi, odrzucam zwiędnięte kwiaty. Czerwony wazon, pamiętający krwiste ściany z 55-metrowego mieszkania nijak ma się do naszego idealnego życia. „Cholera, cholera”. Zauważam na komodzie słój z mchem i cebulkami czegoś, co wykiełkuje za rok, na wiosnę. Wyciągam cebulki, wydrapuję mech. Pod odrośniętą hybrydą nie będzie widać śladów z góry wygranej walki z podmokłą ziemią. Szoruję słój a to niedoszorowane postawię z tyłu. Przez kilka minut układam na talerzu zimne tosty. Mają wyglądać jak rzucone od niechcenia na talerz. Pianka w kawie zaczęła opadać.

Przez kolejne pół godziny staram się uchwycić ujęcie najidealniejsze z idealnych. Ustawiam ogromne, studyjne lampy, patrzę z której strony pada cień. Wchodzę na stół – ujęcie z góry. Staję na parapecie – ujęcie z boku. Nurkuję pod stołem – ujęcie od dołu. Przesuwam o milimetry własnoręcznie stworzony wazon w loftowym stylu, sprawdzam z której strony ser lepiej się prezentuje. Pianka w kawie zaczyna opadać, muszę się spieszyć. A każde zdjęcie ma być tym naturalnym i „od niechcenia”.

Odpalam jedną z trzech aplikacji do obróbki zdjęć w telefonie. Bo finałowe zdjęcie zrobiłam telefonem. Aparat nie ogarnął mojej wizji artystycznej. Aparat mnie nie rozumie. Przeglądam filtry, testuję trzy ulubione. W końcu sama rozjaśniam, wrzucam HDR i kontrast, cokolwiek to znaczy.

Sprawdzam godzinę, czy jest to odpowiedni moment na wrzucenie zdjęcia w sociale. Dwunasta. Zdjęcie śniadania o tej porze ni w dupę ni w oko, średnio pasuje. Planuję post na jutro. Dziś wrzucę uśmiechnięte selfie zrobione wczoraj. Zawsze kiedy umyję włosy a makijaż wyjątkowo nie przypomina fantazji Picassa na dropsach, robię samojebki na gorsze dni. Uśmiecham się szeroko albo zalotnie. Robię miny, po których boli mnie twarz ale dobrze wyglądają na ekranie telefonu. A później wybieram jedno z trzydziestu zdjęć. I piszę, że jestem szczęśliwa, że dobrze czuję się w swojej skórze. Nawet kiedy PMS odbiera mi resztki godności i człowieczeństwa.

Dobieram opisy, wymyślam hasztagi. Napiszę, że cudownie jest dostać kwiaty od męża bez okazji. Nikt nie musi wiedzieć, że wyżebrane. Albo nie. Napiszę, że schodzę do jadalni a mężuś przed pracą zrobił śniadanie. Poproszę, żeby na kartce dopisał „Kocham Cię”. Cały internet rozpłynie się miodem a czytelniczki zaczną sikać słodką uryną, jakie to mam zajebiste życie i cudownego męża.

Kurde. Coś mi weszło w zęby. Jednym palcem czyszczę przestrzenie międzyzębowe a drugą piszę historię na Instagrama.

Mąż pyta czy będę jadła jeszcze te tosty zanim złapie je pleśń lub jedna z dziesięciu plag bo trochę nam się porodziło much pod dachem na strychu. Odpowiadam, że może zjeść.

Zjada.

Wrzucam zdjęcie. Już wiesz, co mam na śniadanie. Nie ważne że wczoraj lub tydzień temu. Wiesz jaki dzisiaj mam nastrój. Wiesz, bo tak napisałam. Wiesz, że w domu mam zawsze porządek. Albo przynajmniej na stole. A teraz ogarnij bałagan wokół siebie. Nie wstyd Ci? Nie wstyd Ci syfu w obliczu skrawka życia, które byłam łaskawa Ci pokazać? Tylko nie wchodź do mojej łazienki. Przynajmniej nie do momentu kiedy sama przebiję się przez bezkres brudnych skarpet i zasikanych dwuletnim moczem gaci. Wiesz, że moje dzieci są naprawdę inteligentne. Bo ostatnio udało mi się uchwycić wiersz recytowany przez dwulatkę. A pięciolatka nałykała się bajek i teraz sypie mądrościami. To, że mnie wkurzają i od dwóch dni chodzę niewyspana, to się wytnie. Ciach, ciach.

Wiesz, że mam świetny dom, dobry samochód i często wyjeżdżam na weekendy/łamane przez wakacje. Jestem blogerką i muszę świetnie zarabiać. I ta roomba pląsająca po pokoju, to na pewno dary losu. I wózek. Dzieci dostałam w gratisie przy promocji pieluch. Wszystko wiesz o mnie a ja wiem wszystko o nich.

Jesteś pewna, że mnie znasz?

Cześć, jestem Natalia.

 

4 Komentarzy/e
  • Anna

    Odpowiedz

    Mhm to może zamiast tego „idealnie” zimnego śniadania powinna Pani pokazać nieidalny „porządek” w domu 🙂 może wtedy inni w tym również ja pomyśleli by, że tylko na zdjęciach wychodzi wszystko tak ładnie. Sama mam dwójkę małych dzieci w wieku 4 i 2,5 lat, gdybym pokazała jak wyglądają moje śniadania niejeden kot by zapłakał 🙂 obiad to dzielenie się z dziećmi a kolacja… niech mi ktoś przypomni co to takiego. Jestem sama z dziećmi większość dnia, i gotowanie, pranie, sprzątanie, zakupy, plac zabaw, czytanie książeczek, zabawy zresztą każda matka wie… czasami nie wiem jak się nazywam, dajcie mi tylko rakietę z kierunkiem na kosmos. Dlatego cieszę się, że jest Pani matką „nieidalną”…lubię Panią czytać i oglądać zdjęcia z dużym przymrużeniem oka 🙂 pozdrawiam z Gdańska

    • matka-nie-idealna

      To zdjęcie było zrobione specjalnie do wpisu. Zazwyczaj pokazuję życie takie, jakim jest naprawdę 😉

  • Ania

    Odpowiedz

    Kolejny wpis w punkt. Rewelacja. Smutna, ale jednak rewelacja pisarska 😉

  • Magda

    Odpowiedz

    Nic dodać nic ująć. Nabieramy się na to piękne, idealne życie codziennie. Patrzymy na zdjęcia na instagramie, a potem na nasz dom, dzieci, męża, w końcu na nas samych i pytamy za jakie grzechy? Gdzie popełniłam błąd?
    Sama znam jedną blogerkę, której piękne zdjęcia zachwycają ludzi. Jest jasno, pięknie, przestrzennie… Mało kto wie, że wielkie mieszkanie ze zdjęć to tak naprawdę salon z aneksem, mikro sypialnia na 4 piętrze bez windy, balkonu i w średniej dzielnicy, gdzie wieczorami strach wyjść. Nie wiedzą, że cudowne wakacje na jakich byli skończyły się kradzieżą i przełożonym lotem przez co straciła spory kontrakt, bo nie mogła być na czas itd, itd. Sama gdybym nie znała prawdy chętnie bym się z nią zamieniła 🙂
    Inspirujmy się pięknymi obrazkami, ale bez frustracji, że u nas tak nie ma, tylko z myślą, co by tu zrobić, żeby żyć/mieszkać/podróżować/ podobnie albo i lepiej!

Skomentuj