Trzecie dziecko? Bardzo proszę.

2207 Odczytano 3 komentarze

Ostatnio myślę o trzecim dziecku. Dokucza mi ta myśl, kłuje niecierpliwym palcem gdzieś pod żebrem, sycząc do ucha, że to już ostatni moment. Z rozrzewnieniem spoglądam na ciążowe brzuszki i zachłystuję się widokiem ledwo oderwanych od pępowiny osesków.

Torturuje mnie ta myśl okrutnie, stawiając na szali zapach świeżego organizmu z biletem na Księżyc – w jedną stronę. Bo choć bym chciała jeszcze raz zobaczyć bezzębny uśmiech mojego dziecka, zdrowy rozsądek podpowiada, że należy spasować zapędy prokreacyjne. A jak wiecie, ja ostatnio ze zdrowym rozsądkiem jestem trochę na bakier. Zbuntowałam się wewnętrznie, prawie jak piętnaście lat temu, w rodzinnym domu, chociaż głos w głowie powtarza „Zobaczysz, wspomnisz kiedyś moje słowa”.

No i tak żyję sobie ostatnio, w tej mojej wewnętrznej rozdartości, łudząc się, że to chwilowa zachcianka, która minie z pierwszą koniecznością wbicia dzieci w zimowe kombinezony, ewentualnie wizyty MOPS-u, z powodu źle pokrojonej parówki.

Jednak zanim być może poczynię coś, co później zdrowy rozsądek wyrzyga mi średnio trzy razy na dzień, że mogłam żyć beztrosko, z dwoma potomkami pod moimi skrzydłami, jedynie ze wspomnieniem brudnej pieluchy, wracam wspomnieniami do czasu, który władował mi w tyłek szesnaście dodatkowych kilogramów.

I kiedy tak analizuję przebieg stanu, w którym byłam gotowa wykosić połowę ludzkości, a w istnienie moich stóp wierzyłam na słowo honoru, myślę, że trzecia ciąża mogłaby być lekko niebezpieczna dla otoczenia i dla mnie samej.

Figura.

Moja pierwsza ciąża uraczyła mnie 5 (słownie: pięcioma) kilogramami na plusie. Planując drugą ciążę, wierzyłam, że zmieszczę się w jeansy – rozmiar 36. Taki wał. Urosłam trzy razy większa, łącznie z twarzą, która puchła od samego powąchania papierka po cukierku. Idąc tym tokiem myślenia, przy trzecim stanie „błogosławionym”, waga wyemigrowałaby na strych w obawie przed gniewem boga mórz i oceanów, który mianowałby mnie wielorybem. Swoją drogą, ktoś kto nazwał ciążę stanem błogosławionym, zdecydowanie był mężczyzną, z tytułem „szowinista”, przed nazwiskiem. Ciąża i stan błogosławiony ma tyle samo wspólnego, co wygrana w totolotka i chleb z pasztetem.

Do tego moje piersiątka, z mandarynek stały się dojrzałymi melonami. Niestety, po porodzie ostały się jedynie pestki. R.I.P. piersi.

Poród.

Przez pierwszą ciążę towarzyszyła mi wizja porodu zen. Ja, tatuś dziecka i nastrojowa muzyka. Chuja tam. Mój poród to był dramat w trzech aktach, pod tytułem „Łamanie kołem”. Darłam mordę jak oszalała, wyzywałam wszystkich, łącznie z twórcą tego zamieszania, który powtarzał, że nie może przecież tak bardzo boleć. Zdanie zmienił, kiedy stanął od tak zwanej „dupy strony” i zobaczył awans kobiecej pochwy na dziesiąty stopień wtajemniczenia.

Drugi poród odbył się w tempie ekspresowym, praktycznie bezbólowym. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że trzeciego porodu zwyczajnie bym nie zauważyła…

Odżywianie.

Wizja zdrowego odżywiania towarzyszyła mi przez obie ciąże. Jedna dobra rada dla panów – jeśli Twoja kobieta życzy sobie o drugiej w nocy Big Maca z dżemem śliwkowym i Nutellą – nie dyskutuj. Ja miałam fazę na ostre i kwaśne, przez cały okres trwania ciąży. Kanapki posypywałam gwoździami i popijałam sosem tabasco.

Hormony.

Łokurwa, o moich humorach można by epopeję napisać. W jednej chwili potrafiłam ryczeć na reklamie kremu na kurzajki po to, by za chwilę odpalić salwę podwórkowej łaciny. Jak wpadałam w szał, Grzesiek zaczynał robić okopy dla własnego bezpieczeństwa i ogłaszał stan zagrożenia lawinowego. W związku z tym, obawiam się, że mogę cierpieć na syndrom sztokholmski, mając ochotę po raz kolejny szarpnąć za struny moich nerwów. Tylko nie wiem, czy tym razem okopy wytrzymają nalot macierzyńskich bombowców.

Seks.

Seks w ciąży, to jest w ogóle hit. Zwłaszcza, kiedy sama nie możesz skosić pola żenady, które się znajduje w miejscu ujścia moczu. Pod koniec ciąży zwyczajnie odpuszczasz, bo każda próba dojścia maszynką do golenia, kończy się niekontrolowanymi gazami. Prawdziwa zabawa zaczyna się w momencie inicjacji seksualnej, kiedy Twój partner zastanawia się, czy zgłosić Twoją pochwę do programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Pod warunkiem oczywiście, że pozycja na jeźdźca nie kończy się wezwaniem pogotowia, kiedy jego miednica nagle wyda dziwny odgłos łamanych kości, a przewrócenie się na bok nie wymaga pomocy podnośnika hydraulicznego.

Waga.

Waga w ciąży to jest temat tabu. Po ośmiu miesiącach ciąży przestaje być miło, kiedy okazuje się, że w samolocie musisz wykupować dwa miejsca pasażerskie a skarpetki okazują się być mocno przereklamowane.

Mi osobiście, największy problem sprawiało zakładanie butów, co musiało być zaplanowane dwa dni wcześniej i obejmowała uczestnictwo męża w tym ryzykownym przedsięwzięciu. Chód ciężarnej równie dobrze mógł być wstępem do walki sumo, z tą różnicą, że jakby mi ktoś włożył japońskie gacie w tyłek, najprawdopodobniej skończył by jako uczestnik orszaku pogrzebowego, w głównej roli. Pierwsza runda wyjścia z domu zaczynała się od trzech sapnięć, zejście ze schodów to była podjazdowa walka o godność, a wsiadanie do samochodu przypominało próbę uciśnięcia wieloryba w puszce po szprotkach. Na dodatek, mój brzuch przed kierownicą sprawiał, że nie mogłam jej dosięgnąć rękami, w związku z czym, cały czas jeździłam na bezdechu.

Inne dolegliwości.

Śmieszne to było, jak mi się dziecko wkomponowało w pęcherz, w związku z czym, trajektoria lotu łóżko – kibel była nadawana jakieś siedemdziesiąt razy na dzień. To znaczy, trochę mniej śmiesznie było, kiedy całość poprzedzała dźwigowa operacja podnoszenia wybrzuszonego cielska z kanapy, która zajmowała jakieś siedem minut. Można by rzec, że moim głównym zajęciem było kursowanie do toalety i wstawanie z kanapy.

Reasumując sytuację około ciążową, oczami wyobraźni sięgam ostatniego trymestru, kiedy wyglądem przypominam już słusznych wymiarów hipopotama, z dwoma szkodnikami po bokach. Nadia, która notorycznie ma w dupie zdanie całego świata, bo przecież żadne gniazdko, przejście dla pieszych czy tabliczka „tylko dla umiejących pływać”, nie będzie ograniczała jej w realizacji planów, które są z reguły sprzeczne z resztą świata. I Hanka, nader wrażliwe dziecko, które rozstraja źle położony widelec, lub śmierć rozjechanego na drodze ślimaka. A dwie płaczące na widok „umarniętego” chwasta jednostki płci żeńskiej, to już zdecydowanie zbyt wiele na moją psychikę.

Grzegorzu, powiadam Ci zatem – nie dotykaj mnie.

3 Komentarzy/e
  • zosia

    Odpowiedz

    Dawno nie wiedziałam takiego wpisu, który opowiada rzeczywistość ciąży

  • Kasia

    Odpowiedz

    Ha ha ha 🙂 jestem akurat w 3 ciąży i bardzo to zabawne 😀

  • Wioletta

    Odpowiedz

    Jak cżytałam ten wpis to upewniłam się, że moją latorośl przyniósł bocian. Żadne słowo nie opisywało mojego stanu , gdy nosiłam swoje dziecię pod sercem.Ale Twój wpis wymiata.pozdrawiam

Skomentuj