Jak chorują matki?

2543 Odczytano 4 komentarze

Podobno matki  nie chodzą na L4. Nie wiem jakim cudem. Być może mają jakieś super moce lub baterie wmontowane w tylnej części ciała. Albo to po prostu czarna magia. Widocznie stanęłam w nieodpowiedniej kolejce przed porodem a czarownicą jestem tylko w oczach męża, zwłaszcza gdy drę mordę na nieboraka, który przypadkiem zapomniał zrobić to, o co prosiłam wcześniej trzy razy.

Zawsze sądziłam, że mam umysł mężczyzny. To nic, że jestem pokomplikowana jak kostka Rubika i tylko nielicznym udaje się mnie złożyć w całość. Trochę zbyt mocno foszę przy tym umyśle, zbyt głośno krzyczę i ryczę na reklamach pieluchomajtek. Po pracy padam nieżywa na kanapę i marzę tylko o ciszy, zimnej butelce piwa i obiedzie podłożonym pod nos. Na szczęście od lat skutecznie stwarzam pozory żony, przy czym gotowanie obiadów nadal średnio mi wychodzi. Dzięki Bogu za gotowce i Thermomixa, który odwala za mnie lwią robotę w karmieniu dzieci.

Potrafię też znokautować każdego, kto wejdzie mi w drogę. Niekoniecznie fizycznie bo na to mam za słabe macki. Nie dam zranić moich bliskich, licząc się z tym, że kiedyś trafię do kryminału, jeśli ktoś skrzywdzi moje dzieci. Jeżeli tak się stanie, ukręcę komuś łeb szybciej, niż dobiegnie sam na policję.

No i choruję jak facet. Dosłownie.

Temperatura 36,7 nie jest dla mnie żadną wymówką, żeby nie pisać testamentu. Kiedy słupek rtęci bije w górę, mój organizm odmawia posłuszeństwa. I te wszystkie heheszki o mężczyznach umierających na kanapach z temperaturą wagi śmiesznej w ogóle nie są przesadzone. Drogie Panie, oni serio umierają w męczarniach. Kiedy ja mam gorączkę, nie daj Boże połączoną z bólem mięśni czy czegoś tam odpowiedzialnego za rozpierdol w organizmie, u mnie to dramat na dwa akty. Ciężko mi wtedy złożyć w całość kilka podstawowych czynności jak na przykład oddychanie ustami i ugotowanie obiadu (to akurat słabe bo ja nie gotuję) czy mruganie oczami i zmiana pieluchy. Leżę w łóżku i wegetuję, wydając wtedy z siebie odgłosy jelenia na rykowisku.

Od momentu ciąży z Nadką, choroby chłonę jak gąbeczka. Każdorazowe uruchomienie gilołapacza innego niż Katarek do odkurzacza kończy się u mnie zapaleniem gardła. Nie żebym żarła te gluty. Wystarczy, że mam chorutka w zasięgu 10m i to pewne, że trzy dni później umrę.

Dlatego kiedy dopadła mnie angina, zameldowałam się w łóżku na 4 dni i żegnałam ze wszystkimi. Autentycznie, dawno już mnie tak nie poskładało. I nie ważne, że trzeba dojść do toalety czy lodówki, powietrze nokautowało mnie strzałem w pysk. Dzieci, które przetrwały anginy dwa tygodnie wcześniej bez żadnych egzorcyzmów ani sprzedania duszy Szatanowi, a miały trochę bardziej przesrane niż ja, z racji tropikalnej temperatury, są moimi bohaterkami. Jedynym plusem całej sytuacji jest fakt, że mogłam spać bez ograniczeń i drużyny dopingującej Króliczka Binga na rowerku, ewentualnie wyśpiewującej cały repertuar „Krainy Lodu” wspak. PT to jednak rozumie moje potrzeby i zlikwidował mi obiekty dźwiękowe i wizualne sprzed nosa, pozwalając umierać w spokoju.

Niestety, do tej pory nie ogarnął sztuki gotowania rosołku, którego i tak bym nie zjadła z racji zmasakrowanego gardła, ale byłoby miło.

Ps. I tak wytrzaskałam w czasie choroby domową pizzę (sztuk trzy), bigos i babeczki czekoladowe.

Przyznać się! Jak Wy chorujecie?

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Jak chorują matki?"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aganieszka
Gość

Ja jestem z gatunku ” terminator” choroby znoszę dobrze z małymi wachaniami humoru, dla mnie powalajaca jest przypadłość kobieca… wtedy juz bookuje bilet na księżyc w jedna stronę i nie gwarantuje że W ogóle będę chciala wrócić!

Sylwia
Gość

Mam tak samo! Umieram, przy byle przeziebieniu mózg mi nie pracuje, nie ogarniam, nie potrafię. W pracy już się nauczyli i nie ignorują próśb o skręcenie klimy bo wiedzą że zaraz mogę wręczyć L4:) Niezmiernie denerwują mnie zagrypieni ludzie w biurze! Nie dość że zarażają to jeszcze zawsze odbieram ich postawę osobiście :p i czuję presję żeby też cisnąć niewzruszona kapiącymi z nosa gilami.

Sylwia
Gość

Ja cierpie na przypadlosc braku czasu na chorowanie. Nawet jezeli goraczka powala, kazdy miesien boli jakby mnie łamali na kole i marze tylko o tym zeby zakopac sie dwa metry pod ziemia to łykam tabletki, zaciskam zeby i walcze dalej. Niestety samotne wychowywanie dziecka wiaze sie z byciem niezniszczalnym nawet jezeli matka natura dowali jeszcze okresem i migrena.

Klaudia
Gość

Jestem zdrowa do temperatury 37,2. Powyżej umieram. Ostatniej nocy już miałam wyzionąć ducha. Już myślałam, że skonam. nadal żyje bo śmierć nie jest łaskawa i każe mi się jeszcze trochę męczyć z katarem i bólem gardła. Nie gotuję obiadów i nie sprzątam -chłop przejął obowiązki domowe ( ej przecież ja w tym stanie niemal agonalnym nie mogę :D) .
Dzisiaj udało mi się pójść do pracy… ledwo 😀