O utracie najbliższej osoby w moim życiu.

3768 Odczytano 2 komentarze

Dzisiaj napiszę Wam o największej stracie, jaka spotkała mnie w życiu. O kimś niesamowicie bliskim, można by rzec najbliższym w moim życiu. O największym zawodzie, o złamanym sercu. To historia, jakich zapewne wiele. Ale dopiero teraz jestem w stanie o niej napisać. Usiądźcie wygodnie i zostańcie tutaj ze mną przez chwilę. Kawy? Herbaty?

Mam w ogrodzie wierzbę. Taką wierzbę na cienkiej nodze, z bufiastą koroną liści. Z jednej strony jest przywiązana metalową linką, bo kiedyś w czasie burzy, wiatr położył ją na ziemi, z drugiej pień jest trochę naznaczony zwierzęcymi pazurami. W lecie wierzba kwitnie białymi i różowymi liśćmi, jesienią staje się smutna i wypłowiała.

Spoglądam znad komputera przez okno. Mocny wiatr tarmosi tą moją wierzbę, rzucając ją bezlitośnie na wszystkie strony, deszcz smaga liście ciężkimi kroplami. Linka napręża się złowrogo, jakiś czas temu zerwała się, kładąc drzewko na ziemi. Dziś trzyma je całą swoją mocą, walcząc z przeciwnościami.

– Dajesz radę maleńka. – pomyślałam i uśmiechnęłam się sama do siebie. – To zupełnie tak jak ja.

Ten rok nie był łaskawy. Przeczołgał mnie niesamowicie od samego początku. Dawał po łapach od stycznia do października, listopad i grudzień nie zapowiadają się lepiej. Problemy niczym domino, stają jeden za drugim. Tylko nikt nie chce ich pchnąć, by po chwili zostały tylko przykrym wspomnieniem, schowanym w pudełku. Stoczyłam masę walk, najcięższa w moim życiu właśnie trwa. Targa mną na prawo i lewo, sypie piaskiem w oczy, zasypuje solą rany. Grzebie paluchem, gdy te się sączą.

To nie jest romantyczna historia. Zdecydowanie bardziej zakwalifikowałabym ją do relacji burzliwych. Są w niej rozstania i powroty, śmiech, żal i złość. Są łzy – zarówno te ze szczęścia, jak i łzy bezsilności oraz zwątpienia.

Nieustannie czegoś szukałam. Bez przerwy czegoś mi brakowało. Analizowałam każdy ruch, każde wydarzenie i każde słowo. Z równowagi potrafiła mnie wyprowadzić źle ustawiona szklanka, krzywe spojrzenie lub brak zainteresowania. Zdecydowanie za często się obrażałam, zdecydowanie zbyt często obrzucałam winą. Patrzyłam krytycznie na wszystko, nawet w momencie kiedy powinnam być szczęśliwa. Czułam totalną niemoc. Byłam permanentnie wykończona nieustanną walką, brakowało mi życiowej energii. Wszędzie węszyłam podstęp. Twierdziłam, że nie lubię ludzi, nie ufałam praktycznie nikomu, nawet sobie. Odtrąciłam najbliższych. Kiedy miałam jakiś problem, nie potrafiłam poprosić o pomoc, zamykałam się w sobie i uparcie twierdziłam, że ze wszystkim sobie poradzę. Robiłam dobrą minę do złej gry. Nawet kiedy żal rozrywał mi wnętrzności, uśmiechałam się do aparatu i mówiłam, że jest zajebiście.

Zawsze poświęcałam się dla wyższej idei. Dla przyjaźni, dla miłości, dla dzieci, dla pracy. Zrezygnowałam ze swojego wymarzonego życia by być przy osobach, które na to nie zasługiwały. Odpuszczałam powoli siebie, zatracałam się w potrzebie bycia akceptowaną i potrzebną. Potrafiłam słuchać i doradzać, czując jednocześnie, że nie ma osoby, która wysłuchałaby mnie. Nie. Ja sobie wmawiałam, że takiej osoby nie ma. Że skoro nikt nie chodzi za mną i nie pyta, czy wszystko w porządku, ludzi nie obchodzi to, co siedzi w środku mnie.

Starałam się być najlepszą mamą. Woziłam na zajęcia pozalekcyjne, organizowałam wyjazdy, wakacje, wyjścia, atrakcje. Chciałam być dobrą córką i przyjaciółką. Jednocześnie nie było w tym całym życiu miejsca dla mnie. Nie dbałam o swoje zdrowie, o swoją fizyczność. Poświęcałam czas wszystkim, tylko nie sobie.

I wtedy straciłam ją. Tak naprawdę to stało się już lata temu. Nie od razu, raczej to był proces. Każde kolejne kłamstwo, każda kolejna manipulacja, deptanie poczucia własnej wartości i wywoływanie poczucia winy, przybliżało to, co było nieuchronne.

W pewnym momencie powiedziałam pas. To był moment, w którym wiedziałam, że straciłam najbliższą osobę w moim życiu. Kogoś, kogo powinnam kochać, a w tamtym momencie nienawidziłam całą sobą.

Nie jestem w stanie dbać o innych, jeśli nie zadbam o siebie. Czarnowidztwo, wieczne analizowanie i przejmowanie się pierdołami odbierało mi całą radość życia. Poświęcanie się dla innych, nieumiejętność odmawiania, brak asertywności w swoich przekonaniach sprawiało, że wpadałam do tej studni beznadziei coraz głębiej.

Domyśliliście się już, o kim piszę?

Straciłam siebie.

Doszłam do takiego momentu w życiu, kiedy we mnie nie było już tak naprawdę mnie. Stałam gdzieś obok i patrzyłam na wiecznie sfrustrowaną, złą i rozżaloną Natalię. Byłam ciągle niezadowolona, przede wszystkim sama z siebie. Ciągle czegoś mi brakowało, bez przerwy wymagałam od siebie więcej i więcej, nie podkręcając jednocześnie mocy by to zdobyć. Stałam się tak zapracowana w swojej głowie, że nie miałam czasu ani siły, by dostrzec, że to wszystko prowadzi mnie w złą stronę.

Żałoba po tej stracie wstrząsnęła mną niesamowicie. Podobno czas leczy rany, więc czekałam na to uleczenie każdego dnia. W końcu wydarzyło się kilka rzeczy, które były takimi małymi sygnałami, mówiącymi „doceń”.

Kiedyś na przykład, kiedy wychodziłam z domu, a na dworze padał deszcz, syczałam przez zęby, że „Ja pierdolę, jeszcze tylko deszczu mi brakowało”. Dzisiaj wystawiam do tego deszczu twarz i wdycham jego zapach ze świadomością, że ten deszcz jest zbawienny dla mojego ogrodu i w zasadzie wszystkiego, co mnie otacza. Doceniam każdy uśmiech przypadkowej osoby. Cieszę się rzeczami, które kiedyś nie były dla mnie zauważalne.

Kilka miesięcy temu budziłam się rano z myślą: „Ja pierniczę, ja nie chce mi się wstawać. Znowu trzeba podnieść dupę z łóżka i bawić się w życie”. Dzisiaj, kiedy otwieram rano oczy wiem, że nowy dzień to nowe możliwości. To moment, kiedy mogę zacząć wszystko od początku i tylko ode mnie zależy, jak go przeżyję. Mam świadomość tego, że moje samopoczucie zależy tylko i wyłącznie od mojego nastawienia. Kiedy budziłam się zła na cały świat, dzień rzeczywiście nie był zły. Dzisiaj nawet kiedy o 6 rano wpada Nadia, krzycząc na cały dom, że jest wyspana, przytulam ją z całej siły wdzięczna, że mogę to robić.

Przestałam przejmować się rzeczami, na które nie mam wpływu. Opóźniona dostawa? Ok, przecież nie wyrwę jej z produkcji siłą. Brak weny do pisania? Wyłączam komputer i idę szorować kibel. Nic na siłę! Nie mam ochoty na spotkanie z koleżanką? Piszę jej, że innym razem. Chcę iść na jogę? Nie boję się zapytać którejś babci, czy zostaną z dziećmi, bo ja potrzebuję czasu dla siebie.

Mam ochotę uśmiechać się do innych, serce co chwilę podskakuje mi z radości. Czuję w duszy niezwykłą lekkość, dobrą energię, która bije ze wszystkich stron. Jeśli szansa na powodzenie czegoś to zaledwie 1% – ja się kurczowo tego jednego procenta trzymam i robię wszystko, by za chwilę dopisać do tego jeszcze dwa zera.

Lubię ludzi. Nadal bacznie się im przyglądam ale staram się zrozumieć ich stanowisko, fakt, że mają gorszy dzień, problemy lub zwyczajnie mnie nie lubią. Nie obrażam się, nie złoszczę, nie życzę nikomu źle. Pomimo iż nadal nie do końca potrafię się wyzbyć złych nawyków, w dużym stopniu odstawiłam alkohol i papierosy. Nie czuję potrzeby znieczulania się niczym, chcę chłonąć życie bez barwienia go winem.

Polubiłam siebie. Do miłości i pełnej akceptacji jeszcze trochę brakuje ale jestem na dobrej drodze, by odzyskać najważniejszą osobę w moim życiu.

Siebie.


Spodobał Ci się ten wpis?

*Pamiętaj, że najlepszą zapłatą dla autora jest Twoja reakcja, która bez wątpienia da mi kopa do dalszej pracy <3
*Będę wdzięczna, jeśli dasz mi o tym znać tutaj na blogu lub na Facebooku (
klik), łapką w górę, komentarzem lub udostępnieniem postu.
*Możesz odwiedzić nasz profil na Instagramie
(klik).

Zapraszam Cię również do przeczytania moich poprzednich wpisów na blogu, które znajdziesz poniżej.

2 Komentarzy/e
  • Kasia

    Odpowiedz

    Czytam od niedawna Twój blog, śledzę na Facebooku . Czasami sobie myślę kurczę ona pisze o mnie, teraz poczułam to samo…. Jestem mama 4 dzieci żona i pracownikiem na pełen etat… dosyć często mam dość samej siebie Ale Ty jesteś dla mnie moim prywatnym motywatorem o którym nikt nie wie… uwielbiam Cię…

Skomentuj