O wyjściach, imprezach i stringach pod pachy. Na wspomnienia mi się wzięło…

972 Odczytano 0 Komentarzy

Ostatnio udało mi się w końcu wyjść z koleżankami na „piwo”. Jak kiedyś już wspominałam, Hanisława jest antybutelkowa i każda próba podania jej tego diabelskiego wynalazku kończy się dziką awanturą i podkręconymi decybelami. Następnym razem przejdę się po sąsiadach w klatce i uprzedzę „uwaga, teraz będziemy karmić butelką”, a w gratisie dodam zatyczki do uszu.

Każde moje wyjście jest poprzedzone mozolnymi przygotowaniami. Tankuję Hanisławę do pełna, szybko wbijam w kombinezon (zuooo nr 2)  i wystawiam Panu Tacie w wózku za drzwi, żeby na spacerze, wytrzepane po dziurach dziecię, przespało większość mojej nieobecności. Oczywiście Haniutek ma wbudowany w głowie radar „mama wychodzi” i robi wszystko by do tego nie dopuścić, włączając w to strajk głodowy, pomimo wilczego głodu, dziką rozpacz przy wbijaniu w kombinezon i na końcu 2-dniowego focha. Udaje, że mnie nie widzi, nagle robi się córusia tatusia i łaskawie pozwala się nakarmić czy przewinąć. Nie szukaj babo uśmiechu u dziecka, bo foch jest śmiertelny pomimo, że w domu nie było mnie półtorej godziny. Jak już zaciągnie pierś, zbiera jej się na gadanie i wpierw muszę wysłuchać kazania żeby móc wyjść. Młoda rypie mnie z góry na dół, ja standardowo wpuszczam jednym uchem, drugim wypuszczam przy okazji zezując okiem na zegarek i wzdychając z dezaprobatą.

Ostatnie wyjście było trochę inne. Jak wiadomo, po urodzeniu dziecka wiele kontaktów się urywa, zwłaszcza z niedzieciatymi człowiekami. Dzieciaci stają się „niewygodni”, bo jak takich zaprosić na imprezę, wyjść na bal czy na browarka? A jak się karmi TYLKO piersią to już w ogóle… No więc jakiś czas temu zostałam zaskoczona niezwykle miłym i nieśmiałym pytaniem o babski wieczór. Serce zatrzepotało skrzydełkami i niemal wykrzyknęłam do słuchawki „TAK! Tak, dziękuję!”. Wieczorem odstrzeliłam się jak talala, tzn. zmieniłam zarzyganą bluzkę na czystą, przypudrowałam przypudrowaną wcześniej twarz i wbiłam się w jeansy sprzed ciąży. Nawet o obcasy się pokusiłam. Gdy dziecięciu zapaliło się „full” w oczach a wskazówka pokazywała „zatankowana po kurek”, poczekałam aż zaśnie na amen (próbą generalną było pssytanie, chrząkanie i klaśnięcie) i wybiegłam czym prędzej z domu. Gdy już siedziałyśmy z dziewczętami w barze, stwierdziłam z przerażeniem, że średnia wieku wynosi 19, przy czym my ją efektownie podnosiłyśmy a my pasujemy do tego miejsca jak pięść do nosa. Muzyka, którą słyszałam przyprawiła mnie o debilny wyraz twarzy „Bez jaj, teraz tego się słucha…?” a pary szalejące do niej niezgrabnie na parkiecie zaskoczyły jeszcze bardziej. No cóż, wyłączona z życia towarzyskiego od około 6-ciu miesięcy czułam się jak bym była z innej epoki. Patrząc na młodzież zatęskniłam za czasami beztroskich imprez do białego rana.

Pamiętam wieczorne przygotowania, gdy zakładało się modne dzwony z nadrukiem na nogawce, podciągało stringi pod pachy (pomimo -10 na dworze), wypychało staniki czym się da i przeliczało „żółte” w portfelu mamy. Standardowo ogolone nogi i pachy (a nóż widelec coś się trafi), zygzaczek w wiadomym miejscu, sprawdzony chuch i heja na balety. W dyskotekach królowało disco-techno, do tej pory łezka w oku się kręci gdy jakieś radio przypomni sobie któreś z dawnych „staroci” i puści w eter. Faceci wyżelowani na Kryśka Ronaldo, później trzy dni żelu zmyć nie mogli, „brylant” w uchu i koszula na kant. Stawiając piwo mieli nadzieję, że dziewczyna zaproponuje sfinansowanie zakupu, do tego frytki na trzech i obowiązkowa guma do żucia w kieszeni a w portfelu lateksowa, przeterminowana o pół roku, w nadziei na okazję i coś szybkiego na klapie klozetu. Fajne to były czasy, bez zobowiązań, bez przemoczonych srajmajtek i faceta na kanapie z ręką na Kiepskiego.

Siedząc w barze przyglądałam się pijanym małolatom klejącym się do „Belmondo” z odpiętymi dwoma guzikami przy kołnierzyku w celu pochwalenia się trzema włosami na klacie, zwiastującymi rychłą dorosłość, przyjaciołom wznoszącym czternaście toastów tym samym kuflem i kolejkom do damskich ubikacji. Dwie rzeczy bynajmniej od tamtego czasu się nie zmieniły, mianowicie ilości alkoholu na takich imprezach i snejki do damskiego WC. Bo my baby mamy taki czujnik w głowie i nagle wszystkim na raz chce się siku, do tego gdy już zacznie lecieć, za cholerę nie chce przestać. Wciąż można zauważyć też ludzi męczących jednego browarka przez cały wieczór, w końcu mama dała tylko dyszkę na wyjście a piątkę pochłonął już kark przy wejściu.

Czekam czasów, gdy młoda popatrzy na cyca, zrobi fe i przeprosi się z butlą albo zapała miłością do niekapka, kurzącego się w szafce, a ja będę mogła popieścić szklaneczkę z whisky. Patrząc na moje plany macierzyńskie nieprędko to nastąpi, tak więc póki co zostaje mi Karmi, tudzież soczek truskawkowy i powrót do domu na syrenie alarmowej po telefonie małża, bo dziecię się obudziło i mamy się domaga. Żeby to jeszcze mamy.. Cyca bo do końca focha został  1 dzień i 20 godzin.

Z takim oto smutnym podsumowaniem idę zrobić sobie pocieszającą kąpiel, tyle mojego.

0 Komentarzy/e

Skomentuj