Nie lubię dzieci.

2470 Odczytano 0 Komentarzy

Ostatnio na Fejsbuku przewinęło mi się pytanie jednej z mam, zastanawiającej się, dlaczego niektóre mamy idąc ze swoim dzieckiem na plac zabaw, nie zwracają uwagi na inne dzieci, które podchodzą do nich i ich dzieci i nie są chętne do dzielenia się z nimi zabawkami. Mamy. Nie dzieci.

Odpowiedziałam jej pod postem, że są ludzie, którzy nie lubią dzieci. Na przykład ja.

I chyba warto ten wątek poruszyć bo jest to jeden z tematów tabu w macierzyństwie.

Nigdy nie przepadałam za dziećmi. Ich towarzystwo mnie krępowało i denerwowało, nie potrafiłam znaleźć wspólnego języka z kilkulatkami. Wolałam przebywać z osobami starszymi ode mnie niż z rówieśnikami. Było to jeszcze przed narodzeniem Hanki. Ogólnie przyjęte jest, że dzieci powinno się lubić. Bo dzieci są rozkoszne, kochane i milutkie. Ten, kto nie lubi dzieci MUSI być złym człowiekiem. Mi dzieci zawsze kojarzyły się z hałasem, bałaganem i brakiem spokoju. Stąd też nie chciałam mieć własnych. Bałam się, że ich nie pokocham.

Wtedy ktoś mi powiedział, że ze swoimi jest zupełnie inaczej. I miał rację.

Hanię i Nadię kocham całą sobą. Nie mówię tego tylko dlatego, że są moimi dziećmi. Uwielbiam przebywać w ich towarzystwie, nawet jeśli jestem potwornie zmęczona. Czasami wolę zostać z dziećmi niż wyjść gdzieś bez nich (na „szczęście” nieczęsto się to zdarza). Przebywanie z nimi sprawia mi autentyczną radość i nie jest traktowane jako obowiązek. Oczywiście, średnio trzysta razy dziennie mam ochotę wystrzelić je w kosmos ale zaraz po tym przychodzi jedna, później druga i ułaskawiają moje skołatane nerwy.

Z biegiem lat nauczyłam się „obsługi” dzieci ale nadal nie lgnę do przebywania w ich towarzystwie. Lepiej dogaduję się z dziećmi w wieku moich córek bo wiem, czym pięcio czy dwulatki się interesują i na jakim etapie rozwoju mniej więcej są. Jest kilkoro dzieci, które kocham i lubię z nimi przebywać. Reszta jednak mogłaby nie istnieć. Nadal inne dzieci mnie drażnią lub męczą. Stąd też kiedy wychodzę bez dzieci na przykład do restauracji, siadam jak najdalej od dzieci. Kiedy jestem sama w hotelu, staram się nie mieć pokoju obok rodziny z dziećmi. Nie po to swoje zostawiłam w domu, żeby „użerać” się z innymi. Oczywiście piszę tutaj ogólnie bo nie raz rozpływam się nad centymetrami w gondoli, lajkuję w sieci zdjęcia innych dzieci i to niekoniecznie z grzeczności a kiedy rezolutna kilkulatka podejdzie porozmawiać, zamienię z nią kilka słów. Wygląda to tak, że ja raczej unikam obecności dzieci ale jeśli któreś stanie na mojej drodze, nie uciekam gdzie pieprz rośnie. Mogę to porównać trochę do miłości czy przyjaźni. Najpierw deklarujemy się, że nie szukamy faceta, że nienawidzimy wszystkich samców a chwilę później sprzątamy spod kanapy dziurawe skarpety, które chwilę wcześniej skradły nam serce.

Wydaje mi się, że moje podejście ma swoje plusy.

Po pierwsze: nie zaczepiam obcych dzieci. Nie lubię kiedy moje dzieci są zagadywane bo cały czas tłumaczę Hance zagrożenia i powtarzam, że nie powinno się rozmawiać z nieznajomymi, chyba że jest w towarzystwie osób, które zna. Dorośli teoretycznie znają zasady „bezpieczeństwa” i powtarzają je swoim dzieciom ale praktycznie niestety się do nich nie stosują. I mogę wyjść tutaj na zimną sukę, która nie wchodzi w relacje z obcymi dziećmi ale z drugiej strony szanuję rodziców tych dzieci i zawsze zastanawiam się, jakie mogą być konsekwencje moich zachowań. Dzieci są jeszcze na tyle nieświadome zagrożeń, że często korzystają z pierwszej okazji do pogadania z nieznajomym, podczas gdy w domu mama powtarza, że z obcymi rozmawiać nie wolno. I znowu – jest to trochę na zasadzie słodyczy. Kiedy moje dzieci jedzą na placu coś słodkiego i chcą poczęstować nową koleżankę/ kolegę, proszę je by najpierw zapytały rodziców nowych znajomych bo światem teraz rządzi gluten, jaja, cukier i nabiał. Tutaj jest pewne odstępstwo od rozmów z nieznajomymi bo ja ZAWSZE jestem w pobliżu i nadzoruję to co robi moje dziecko.

Po drugie: idąc do restauracji z dziećmi, zawsze zwracam uwagę na komfort innych gości i nie pozwalam dziewczynkom biegać między stolikami ani zachowywać się głośno. Wiem doskonale, że skoro to przeszkadza mi, może również przeszkadzać innym gościom. A ja wyznaję zasadę o traktowaniu innych tak, jak sama chciałabym być traktowana. Podejście nieco naiwne bo tyle ile dostałam w życiu po dupie, powinno moje podejście już dawno zweryfikować.

Po trzecie, jeśli chodzi o kwestie dzielenia: nie uczę moich dzieci, że MUSZĄ wszystkim się dzielić. Tłumaczę, że rzeczy które mają są ich i powinny się dzielić tylko wtedy kiedy mają na to ochotę a nie kiedy ktoś je do tego zmusza. Ja sama niechętnie dzielę się telefonem czy innymi rzeczami, które mają dla mnie wartość pieniężną lub sentymentalną. Dlaczego więc my narzucamy dzieciom wartość przedmiotów, które mogą być dla nich ważne? Dlaczego ustalamy, że lalka jest mniej ważna niż nasz markowy zegarek, którego nie zgodziłyśmy się pożyczyć szwagierce? Z resztą o dzieleniu się pisałam już tutaj (klik). Warto przeczytać.

Czy więc można powiedzieć, że lubię już dzieci? Nie. Toleruję je, nauczyłam się z nimi funkcjonować. Niektóre lubię, niektóre kocham a niektóre wystrzeliłabym w kosmos. Moje podejście zmieniło się jednak w kwestii szanowania pewnych zasad dobrego wychowania.

I nie, nie ma nic złego w tym, jeśli nie lubicie innych dzieci. Wszystkich dorosłych też nie da się lubić.

0 Komentarzy/e

Skomentuj